[recenzja] WFF 2013: Wielkie złe wilki

Kadr z filmu „Wielkie złe wilki” (reż. Aharon Keshales, Navot Papushado)

Duet izraelskich reżyserów, Aharon Keshales i Navot Papushado, kontynuuje współpracę rozpoczętą przy horrorze „Kalevet”, tym razem prezentując widzom pastisz mrocznego thrillera. Czy „Wielkie złe wilki” potwierdzają znane powiedzenie, że „co dwie głowy, to nie jedna”? Choć opis fabuły filmu – szczególnie w połączeniu z zapowiadanym, przesyconym ironią i sarkazmem czarnym humorem – wydaje się dość interesujący, to już pierwsze sceny pokazują, że nie zawsze powiedzenia muszą sprawdzać się w filmowej rzeczywistości.

Historia jakich wiele. W lesie zaginęła dziewczynka. Podejrzany po krótkim przesłuchaniu zostaje wypuszczony na wolność. Niebawem zostaje odnalezione ciało zaginionej. Dziewczynka przed śmiercią była torturowana i została brutalnie zgwałcona. Sprawiedliwość w swoje ręce decyduje się wziąć zwolniony z powodu nieudanej akcji policjant. W ślad za nim podąża ojciec zamordowanej.

Pierwsza sekwencja, będąca zdecydowanie najlepszym fragmentem „Wielkich złych wilków”, wprowadza widza w klimat powoli narastającego napięcia. Bawiące się w starym, opuszczonym domu dzieci, spowolnione ujęcia, nastrojowa muzyka. Czy to na pewno parodia? Kolejna scena – przesłuchanie podejrzanego przez niemniej podejrzanych policjantów – ukazująca melanż groteskowych postaci, gagów i komediowych dialogów daje odpowiedź twierdzącą. Jednak od samego początku seansu można odnieść wrażenie, że oglądamy dwa zupełnie oddzielne – i zdecydowanie niepasujące do siebie filmy, które zmontowano w jeden.

Następującym po sobie scenom całkowicie brakuje spójności. Konwencja zmienia się co chwilę, jakby dwaj reżyserzy mieli zupełnie odmienne pomysły na film, który przemienia się w swoiste zmagania pomiędzy nimi. Raz przeważa wielbiciel komedii, raz thrillera, raz ma być śmiesznie, raz strasznie, a ostatecznie jest jedynie żałośnie. Scenom komediowym brakuje tempa i – przede wszystkim – udanych dowcipów, które są w przeważającej mierze raczej prymitywne, co w połączeniu z głównym, bardzo poważnym tematem, momentami daje mocno odpychający efekt. Natomiast druga część filmu aż w nadmiarze obfituje w sceny wypełnione zupełnie niepotrzebną makabrą: począwszy od wyrywania paznokci, przez wypalanie palnikiem dziury w klatce piersiowej, skończywszy na odcinaniu głowy tępą piłą.

Tworząc pastisz balansuje się na bardzo cienkiej linii – trzeba umiejętnie połączyć zwykle bardzo odmienne konwencje, i stworzyć z nich spójny obraz. Aż dziw bierze, że Quentin Tarantino, mistrz balansowanie na tej cienkiej linii, uznał „Wielkie złe wilki” najlepszym filmem tego roku. Nie mogło mu przecież umknąć, że parze izraelskich reżyserów ewidentnie brakuje umiejętności spójnego łączenia powagi i parodii. Jak się okazało w tym przypadku, co dwie głowy to i tak za mało. Albo za dużo.