[news] J-23 znowu nadaje czy tylko udaje?


Legenda powraca – takie hasła reklamowe zwykle nie zwiastują nic dobrego. Czy podobnie będzie w przypadku filmu „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”? Przekonamy się dopiero 16 marca, póki co mamy możliwość obejrzenia nowego teasera i plakatu. Chociaż biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia z odświeżaniem kultowych produkcji, a także absurdalne decyzje obsadowe (Piotr Adamczyk w roli Brunnera), wskrzeszenie legendy Hansa Klossa po prostu nie mogło się udać – nawet reżyserowi Patrykowi Vedze (wspieranemu przez współscenarzystę Władysława Pasikowskiego). Czytaj dalej

„Nie ten człowiek” wygrywa festiwal Columbia Gorge w USA

Polska komedia Pawła Wendorffa zatytułowana „Nie ten człowiek” zdobyła nagrodę za najlepszy fabularny film zagraniczny na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Columbia Gorge w Stanach Zjednoczonych. W festiwalu brało udział ponad 300 filmów z 23 krajów świata. Jury podkreślało znakomitą grę aktorską, niezwykłość poczucia humoru oraz odwagę formalną filmu. Kolejny sukces na mniej znanym festiwalu to okazja, żeby przyjrzeć się produkcji zrealizowanej – podobno – na przekór konwencjom i utartym schematom w polskim kinie.

„Nie ten człowiek” to utrzymana w groteskowym tonie komedia absurdu, w której udział wzięła plejada polskich gwiazd – m.in. Piotr Adamczyk, Jan Frycz, Wojciech Pszoniak, Kinga Preis, Lesław Żurek, Krzysztof Globisz, Jacek Braciak. Jak zapowiada dystrybutor, to porównywana do „Rejsu” i „Clerks – Sprzedawców” odważna i bezkompromisowa kpina z naszych czasów. Pewnego dnia za namową rodziców, prawie trzydziestoletni Kuba (Bartosz Turzyński) decyduje się podjąć pierwszą pracę. Przyjmuje posadę dostawcy zakupów. Nie przypuszcza, że będzie to jeden z najdziwniejszych dni w jego życiu.

Po sukcesie na festiwalu Columbia Gorge film rusza na The World Music and Independent Film Festival. Impreza prezentuje nowe, oryginalne zjawiska w dziedzinie muzyki i filmu. Przez pięć dni pokazanych zostanie ponad 50 wyselekcjonowanych filmów krótkich, długometrażowych i dokumentalnych z Stanów Zjednoczonych i ze świata. Ogłoszenie nagród nastąpi w czasie uroczystej gali 20 sierpnia.

Wcześniej obraz był już pokazywany w konkursie The Lighthouse International Film Festival. Zdobył także wyróżnienie na Los Angeles International Underground Film Festival. Obecnie „Nie ten człowiek” znalazł się również w oficjalnej selekcji festiwali: The Syracuse International Film and Video Festival oraz Fort Lauderdale International Film Festival.

Po zakończeniu amerykańskiego tournée „Nie ten człowiek” trafi do polskich kin jesienią tego roku. Łamiąc schemat piątkowych premier kinowych, film na ekrany wejdzie w czwartek 24 listopada.

Na przerażonych twarzach rysuje się „Epidemia strachu”

Thrillerów i horrorów science-fiction o wirusach zagrażających ludzkości pojawiło się w ostatnich latach tak wiele, że dziś ta maglowana na wszystkie możliwe sposoby tematyka (od „28 dni później” Danny’ego Boyle’a, przez serię „Resident Evil” po epidemię ślepoty w ekranizacji powieści José Saramago) mało kogo interesuje. Zdarzają się jednak produkcje, na które mimo wszystko warto zwrócić uwagę. Takim filmem wydaje się „Contagion – Epidemia strachu”, zapowiadany – uwaga – jako jeden z ostatnich w reżyserskim dorobku Stevena Soderbergha!

Steven Soderbergh to twórca niezwykle wszechstronny: debiutował w błyskotliwym stylu kameralnym dramatem „Seks, kłamstwa i kasety wideo”, zgarniając niespodziewanie Złotą Palmę w Cannes. Potem walczył sam ze sobą o Oscara za reżyserię (opowiadający o narkotykowych porachunkach „Traffic” pokonał w tej kategorii „Erin Brockovich” z przebojową Julią Roberts), porwał się na „Solaris” Lema, by wreszcie związać się ze stricte rozrywkową serią o przygodach ekipy Danny’ego Oceana.

Po monumentalnym przedsięwzięciu o Che Guevarze zaangażował się jeszcze w kilka projektów, zanim niespodziewanie ogłosił, że… przechodzi na emeryturę! Thriller science-fiction „Contagion – Epidemia strachu”, który wkrótce pojawi się na ekranach (premiera w Polsce 21 października), to podobno jeden z jego ostatnich filmów.

Opowiada o śmiertelnym wirusie, przenoszonym drogą powietrzną, który zabija zaatakowane osoby w ciągu kilku dni. Epidemia rozwija się szybko, a lekarze i naukowcy na całym świecie próbują znaleźć lekarstwo i opanować panikę, która rozprzestrzenia się jeszcze szybciej niż sam śmiertelny wirus. Zwykli ludzie walczą o przetrwanie w coraz bardziej podzielonym społeczeństwie.

W obsadzie roi się od gwiazd – Kate Winslet, Marion Cotillard, Matt Damon, Laurence Fishburne, Jude Law i Gwyneth Paltrow to najbardziej znane nazwiska. Możecie ich zobaczyć na serii niepokojących plakatów, które promują film „Contagion – Epidemia strachu”.

Let’s „Drive”, czyli niebezpieczna przejażdżka z Ryanem Goslingiem

Co tu ukrywać, kręcą nas tegoroczne produkcje z Ryanem Goslingiem. Wszystkie trzy: thriller polityczny „The Ides of March”, o którym już pisaliśmy, komedia romantyczna „Kocha, lubi, szanuje”, a także – może przede wszystkim – dynamiczne „Drive”. W końcu to najnowszy film reżysera Nicolasa Windinga Refna, twórcy „Bronsona”, który w tym roku udowodnił swoją klasę, zdobywając nagrodę za reżyserię w Cannes.

Trzymający w napięciu jak „Bullitt”, rozgrzeje publiczność nie tylko rykiem silników, ale przede wszystkim gorączką uczuć – reklamuje „Drive” dystrybutor. Zainteresowani?

Są mężczyźni, którzy wolność mają wpisaną w DNA. To oni jednym spojrzeniem potrafią złamać kobiece serce i sprawiają, że nie można o nich zapomnieć. Przyciągają jak magnes tajemniczym uśmiechem i obietnicą niebezpiecznej przygody.

Takim mężczyzną jest Driver, chłopak, który za dnia pracuje jako kaskader, a nocami wynajmuje się jako kierowca gangsterów. Żyje, balansując na cienkiej granicy między rozsądkiem a brawurą. Do dnia, gdy pozna Irene i straci dla niej głowę. Nowa dziewczyna, wyglądająca jak anioł, rozpęta wokół niego prawdziwe piekło. Ich love story pisane będzie czystą adrenaliną.

Na ekranie Ryanowi Goslingowi partneruje nie mniej zdolna Carey Mulligan, nominowana do Oscara za „Była sobie dziewczyna”. Ten film zapowiada się naprawdę nieźle, a i pierwsze recenzje pozwalają być dobrej myśli. Stylowy thriller akcji pełen niespodzianek? Dodaj gazu, Ryan!

„Drive” w kinach od 16 września.

W miłości wszyscy jesteśmy „Debiutantami”?

Pełna energii opowieść o tym, że zawsze jest dobry czas na zmianę swojego życia, tak by zrobić w nim miejsce na szczęście - pisała o tym filmie recenzentka magazynu „Entertainment Weekly”. „Debiutanci” to oparty na autobiograficznej historii reżysera Mike’a Millsa, entuzjastycznie przyjęty przez światową krytykę komediodramat z Ewanem McGregorem w roli głównej. Partneruja mu nowa gwiazda francuskiego kina Melanie Laurent oraz Christopher Plummer.

Główny bohater, Olivier (Ewan McGregor), prowadzi poukładane życie i uważa, że nic nowego i niespodziewanego już mu się nie przydarzy. I właśnie wtedy jego 75-letni ojciec (Christopher Plummer) postanawia wyznać mu prawdę, którą ukrywał przez całe życie – jest gejem. Ta informacja to dla Oliviera szok, ale pozwala mu on na nowo zbudować zaniedbaną relację z najbliższym człowiekiem, którego jak się okazało zupełnie nie znał.

Wkrótce też Oliver spotka Annę (Melanie Laurent) i przekona się, że jest możliwe coś, w co już dawno przestał wierzyć – prawdziwa miłość po trzydziestce. Taka zupełnie nastoletnia.

„Debiutanci” to słodko-gorzki film o uczuciach i związkach – zarówno tych, które rodzą się zupełnie przypadkowo, jak i tych, które towarzyszą nam całe życie, choć często dorastamy do nich dopiero po wielu latach.

W kinach od 15 lipca.

„War Horse”: Steven Spielberg o przyjaźni i wojnie

„War Horse” – nowy film studia Dreamworks i Stevena Spielberga – to, jak zapowiada dystrybutor, epicka opowieść, mówiąca o lojalności, nadziei i wytrwałości w pejzażu wiejskiej Anglii i Europy w czasie I wojny światowej. Historia, która najpierw była książkowym bestsellerem, a potem okazała się spektakularnym sukcesem na deskach światowych teatrów, teraz zagości na dużym ekranie.

Jest rok 1914. Albert to młody mężczyzna, który oswaja i trenuje konia o imieniu Joey. Gdy wskutek przeciwności losu koń i jego opiekun zostają rozdzieleni, Joey trafia na zachodni front, inspirując i odmieniając życie wszystkich, których spotyka – brytyjskich kawalerzystów, niemieckich żołnierzy, czy francuskiego farmera i jego wnuczkę – zanim historia dojdzie do punktu zwrotnego w sercu Ziemi Niczyjej. Joey wciąż tęskni za Albertem, który został w odległej Anglii. Czy jeszcze kiedyś się spotkają?

„War Horse” to opowieść o przyjaźni i wojnie przygotowywana z wielkim rozmachem właściwym wszystkim filmom Stevena Spielberga – czytamy w materiałach prasowych. Film powstaje na podstawie książki Michaela Morpurgo, która odniosła wielki sukces i z powodzeniem została zaadaptowana na deskach międzynarodowych teatrów, w tym na Broadwayu.

W obsadzie produkcji znaleźli się Emily Watson, David Thewlis, Peter Mullan, Niels Arestrup, Tom Hiddleston, Jeremy Irvine, Benedict Cumberbatch i Toby Kebbell.

Premiera „War Horse” w 2012 roku.

Disney/Pixar powraca z „Meridą waleczną”

Od zarania dziejów w dzikich i górzystych regionach Szkocji historie epickich bitew oraz mistyczne legendy przekazywane są z pokolenia na pokolenie. W filmie studia Disney/Pixar „Merida waleczna”, gdy odważna Merida stawia czoła tradycji, przeznaczeniu i okrutnym bestiom, nowa opowieść dołącza do ludowych przekazów. W sieci właśnie pojawił się polski zwiastun produkcji twórców „Toy Story”!

Wyreżyserowany przez Marka Andrewsa („Iniemamocni”) i Brendę Chapman („Król lew”) oraz wyprodukowany przez Katherine Sarafian, film „Merida waleczna” to wspaniała przygoda: pełna ciepła, niezapomnianych bohaterów i typowo pixarowskiego poczucia humoru, lubianego przez widzów w każdym wieku – przynajmniej tak zapowiada dystrybutor.

Merida jest doskonałą łuczniczką, a zarazem porywczą córką króla Fergusa i królowej Elinor. Niezależna i zdecydowana iść własną drogą, Merida postępuje wbrew prastarym zwyczajom, uświęcanym przez władców krainy. Jej czyny przypadkowo sprowadzają na królestwo chaos i zniszczenie, a kiedy dziewczyna szuka pomocy u tajemniczej staruszki, ta spełnia jej niefortunne życzenie. Niebezpieczeństwo zmusza Meridę do odkrycia znaczenia prawdziwej odwagi, by cofnąć straszliwą klątwę, zanim będzie za późno.

Polska premiera „Meridy walecznej” w 3D odbędzie się w 2012 roku.

„The Hurt Locker. W pułapce wojny” jednak w polskich kinach!

Pogromca „Avatara” i niekwestionowany zwycięzca tegorocznych Oscarów (dziewięć nominacji zamienionych na sześć statuetek, w tym dla najlepszego filmu, reżysera i za scenariusz oryginalny), czyli dramat wojenny „The Hurt Locker. W pułapce wojny” w reżyserii Kathryn Bigelow, doczeka się dystrybucji kinowej.  Ze względu na ogromne zainteresowanie tym tytułem firma Kino Świat zdecydowała się pokazać obraz polskiej publiczności. „The Hurt Locker. W pułapce wojny” będzie wyświetlany od najbliższego piątku (12 marca) na ekranach wybranych kin w całym kraju.

Film Bigelow to jeden z najczęściej nagradzanych tytułów ostatnich miesięcy. Poza Oscarami ma na swoim koncie  nagrody BAFTA, wyróżnienia Amerykańskiej Gildii Reżyserów i Amerykańskiej Gildii Scenarzystów, Producentów czy Reżyserów Filmowych.

„The Hurt Locker. W pułapce wojny” to oparta na prawdziwych wydarzeniach historia uzależnionego od adrenaliny żołnierza amerykańskiego (Jeremy Renner), który obejmuje dowództwo elitarnej jednostki saperów stacjonującej w Iraku i – poszukując mocnych wrażeń – naraża swoich podwładnych na liczne niebezpieczeństwa.

Poniżej prezentujemy listę kin, w których będzie można obejrzeć „The Hurt Locker. W pułapce wojny”:
Bajka (Lublin)
Światowid (Elbląg)
Rialto (Poznań)
Charlie (Łódź)
Pionier (Szczecin)
Awangarda (Olsztyn)
Sokół (Nowy Sącz)
Ars, Pod Baranami, Kijów (Kraków)
Moskwa (Kielce)
Wisła (Warszawa)
Nasze Kino (Toruń)

Przypominamy również, że w lutym 2010 roku „The Hurt Locker. W pułapce wojny” został wydany został na płytach DVD.

„Buried”: Ryan Reynolds pogrzebany żywcem

Paul Conroy, amerykański dostawca porwany w Iraku, budzi się… w trumnie. Pochowany żywcem na pustyni ma zapas tlenu na jakieś półtorej godziny. Może liczyć jedynie na zapalniczkę, telefon komórkowy oraz własną inteligencję. Czy wygra wyścig z czasem i zdoła opuścić śmiertelną pułapkę? Tak w skrócie przedstawia się fabuła thrillera „Buried”, który przed kilkoma dniami miał swoją premierę w Park City. Film w reżyserii Rodriga Cortésa spotkał się ze znakomitym przyjęciem publiczności i krytyków. Trzeba przyznać, że Sundance Film Festival od lat jest kopalnią oryginalnych pomysłów na kino grozy. Czy „Buried” ma szansę pójść śladem „The Blair Witch Project” i „Piły”? Nazwisko Ryana Reynoldsa powinno pomóc w osiągnięciu komercyjnego sukcesu.

Pomysł na „Buried” zrodził się w głowie Chrisa Sparlinga kilka lat temu. Scenariusz trafił na czarną listę najciekawszych projektów niezrealizowanych w Hollywood, ale w końcu znaleźli się producenci i prace na planie mogły ruszyć.

Wydaje się, że cała siła „Buried” tkwi w jego prostocie:  poprzez ograniczenie przestrzeni filmowej do klaustrofobicznego pomieszczenia, co posłużyło wytworzeniu sugestywnego klimatu, Sparling odwołuje się do najbardziej pierwotnych ludzkich lęków. Kamera nie opuszcza wnętrza trumny ani na chwilę. Przez ponad półtorej godziny widz ogląda na ekranie skąpanego w ciemnościach Reynoldsa, a jedyne, co pochodzi z zewnątrz, to głosy osób, z którymi bohater rozmawia przez telefon.

Historia nieustannie wciąga i zaskakuje, trzymając nas na skraju kinowego fotela do ostatnich sekund. – pisze w swojej entuzjastycznej recenzji Peter Sciretta z /Film. Jego zdaniem film sprawdza się dosłownie na każdej płaszczyźnie. Duża w tym zasługa nie tylko scenariusza czy budujących atmosferę zdjęć, lecz również przekonującej kreacji Reynoldsa (co zgodnie podkreślają też inni krytycy).

Dystrybutorzy momentalnie wyczuli, że „Buried” ma potencjał i dzięki odpowiedniemu marketingowi może zrobić furorę porównywalną z ostatnimi sukcesami „Paranormal Activity”. Zaciętą walkę o prawa do dystrybucji filmu w Stanach Zjednoczonych wygrało ostatecznie studio Lionsgate. Ciekawe, czy również Polacy będą mieli okazję wraz z Ryanem Reynoldsem doświadczyć trumiennej traumy na ekranach kin.

„I’m Here”: Spike Jonze przedstawia robot love story

Podczas gdy my wciąż czekamy na decyzję dystrybutora w sprawie premiery chwalonego przez krytyków, długo oczekiwanego „Gdzie mieszkają dzikie stwory”, Spike Jonze – uważany za jednego z najbardziej oryginalnych reżyserów – pokazał na Sundance Film Festival swoją najnowszą produkcję. Twórca „Być jak John Malkovich” i „Adaptacji” tym razem przygotował krótkometrażowy projekt, który jeszcze przed premierą nazwano robot love story. Półgodzinny film science-fiction zatytułowany jest „I’m Here”, a fundusze na realizację wyłożyli producenci… Absolut Vodka. Co z tego wyszło?

Jeśli wierzyć pierwszym entuzjastycznym doniesieniom z Sundance, Jonze zrealizował czarującą opowieść o miłości, ze znakomicie dobraną muzyką: bardzo osobistą (niektózy twierdzą, że reżyser nakręcił „I’m Here” pod wpływem przeżyć związanych ze trudnym związkiem i rozstaniem z aktorką Michelle Williams), a chwilami wręcz szalenie przygnębiającą. Historia zagubionego bibliotekarza-samotnika, którego ponurą egzystencję odmienia pewna nieznajoma, stanowi liryczną metaforę relacji międzyludzkich we współczesnym, indywidualistyczno-egoistycznym świecie. Brzmi banalnie, ale na ekranie wypada podobno całkiem przekonująco.

Wszystkim, którym w tym roku do Park City nie po drodze, pozostaje obejrzeć obiecujący zwiastun „I’m Here”. Niby sentymentalny schemat, lecz osadzony w intrygującym świecie: podskórnie niepokojącym przez ścieżkę dźwiękową oraz kreację robo-ludzi, przywodzącą na myśl oldschoolowe pecety. „I’m here” to niewątpliwie jedna z premier tegorocznego Sundance Film Festival, na które będę polował. Do upadłego…