Archiwa tagu: sundance

Zwycięzca Sundance Film Festival tylko na Transatlantyku!

Program nowej imprezy na mapie wakacyjnych festiwali, Transatlantyk 2011, prezentuje się coraz ciekawiej. Organizatorzy zapraszają do Poznania na polską premierę zwycięskiego filmu tegorocznej edycji Sundance Film Festival – „Happy, Happy” w reżyserii Anne Sewitsky. Pokazy zdobywcy World Cinema Grand Jury Prize odbędą się w sekcji „Nowe Kino Skandynawskie” prezentującej najciekawsze kino Północy.

„Happy, Happy” jest opowieścią rodem z niewielkiej, norweskiej miejscowości. Reżyserka Anne Sewitsky rozlicza się z mitem spokojnej prowincji. Pokazuje dramaty ukryte w dostatnich, przytulnych domach z kominkiem.

Kaja i Elrik to na pierwszy rzut oka dobre małżeństwo, wychowujące syna na uboczu cywilizacji. Ich życie zmienia się po decyzji o wynajęciu drugiego domu parze z adoptowanym dzieckiem. Spotkanie zmusza bohaterów do skonfrontowania się z samymi sobą, do wiwisekcji swoich związków i wzajemnych relacji. Na światło dzienne wychodzą od dawna ukrywane tajemnice i wypierane emocje.

Największym wyzwaniem było dla nas znalezienie równowagi między komedią a dramatem - mówi Anne Sewitsky. W jej obrazie odnaleźć można czarne poczucie humoru znane z produkcji Akiego Kaurismakiego, Benta Hamera, Andersa Jensena czy Dagura Kariego. Autorka daleka jest od politycznej poprawności. Portretuje bohaterów z dystansem, ale i ciepłem. Pokazuje ich życie, komentując je w filmie piosenkami dość ekscentrycznego, folkowego boysbandu. Jednocześnie „Happy Happy” jest analizą współczesnej kultury. Wzorów męskości, schematów myślowych i powszechnie akceptowanych stylów życia, do których ludzie, często wbrew sobie, starają się przystosować.

Wiele jest także w filmie interesujących niuansów trudnych do dostrzeżenia dla widzów spoza Skandynawii. - Kaja pochodzi z południowej części Norwegii, zamieszkanej przez pogodnych chrześcijan, którym uśmiech nie schodzi z ust – tłumaczy reżyserka. - Ale to właśnie w tych radosnych rejonach jest największy odsetek samobójstw. Niezależenie jednak od różnic między mieszkańcami państw północnej Europy, uczucia bohaterów pozostają uniwersalne.

Przypominamy, że Poznan International Film & Music Festival Transatlantyk 2011 odbędzie się w dniach 5-13 sierpnia.

„Buried”: Ryan Reynolds pogrzebany żywcem

Paul Conroy, amerykański dostawca porwany w Iraku, budzi się… w trumnie. Pochowany żywcem na pustyni ma zapas tlenu na jakieś półtorej godziny. Może liczyć jedynie na zapalniczkę, telefon komórkowy oraz własną inteligencję. Czy wygra wyścig z czasem i zdoła opuścić śmiertelną pułapkę? Tak w skrócie przedstawia się fabuła thrillera „Buried”, który przed kilkoma dniami miał swoją premierę w Park City. Film w reżyserii Rodriga Cortésa spotkał się ze znakomitym przyjęciem publiczności i krytyków. Trzeba przyznać, że Sundance Film Festival od lat jest kopalnią oryginalnych pomysłów na kino grozy. Czy „Buried” ma szansę pójść śladem „The Blair Witch Project” i „Piły”? Nazwisko Ryana Reynoldsa powinno pomóc w osiągnięciu komercyjnego sukcesu.

Pomysł na „Buried” zrodził się w głowie Chrisa Sparlinga kilka lat temu. Scenariusz trafił na czarną listę najciekawszych projektów niezrealizowanych w Hollywood, ale w końcu znaleźli się producenci i prace na planie mogły ruszyć.

Wydaje się, że cała siła „Buried” tkwi w jego prostocie:  poprzez ograniczenie przestrzeni filmowej do klaustrofobicznego pomieszczenia, co posłużyło wytworzeniu sugestywnego klimatu, Sparling odwołuje się do najbardziej pierwotnych ludzkich lęków. Kamera nie opuszcza wnętrza trumny ani na chwilę. Przez ponad półtorej godziny widz ogląda na ekranie skąpanego w ciemnościach Reynoldsa, a jedyne, co pochodzi z zewnątrz, to głosy osób, z którymi bohater rozmawia przez telefon.

Historia nieustannie wciąga i zaskakuje, trzymając nas na skraju kinowego fotela do ostatnich sekund. – pisze w swojej entuzjastycznej recenzji Peter Sciretta z /Film. Jego zdaniem film sprawdza się dosłownie na każdej płaszczyźnie. Duża w tym zasługa nie tylko scenariusza czy budujących atmosferę zdjęć, lecz również przekonującej kreacji Reynoldsa (co zgodnie podkreślają też inni krytycy).

Dystrybutorzy momentalnie wyczuli, że „Buried” ma potencjał i dzięki odpowiedniemu marketingowi może zrobić furorę porównywalną z ostatnimi sukcesami „Paranormal Activity”. Zaciętą walkę o prawa do dystrybucji filmu w Stanach Zjednoczonych wygrało ostatecznie studio Lionsgate. Ciekawe, czy również Polacy będą mieli okazję wraz z Ryanem Reynoldsem doświadczyć trumiennej traumy na ekranach kin.

„I’m Here”: Spike Jonze przedstawia robot love story

Podczas gdy my wciąż czekamy na decyzję dystrybutora w sprawie premiery chwalonego przez krytyków, długo oczekiwanego „Gdzie mieszkają dzikie stwory”, Spike Jonze – uważany za jednego z najbardziej oryginalnych reżyserów – pokazał na Sundance Film Festival swoją najnowszą produkcję. Twórca „Być jak John Malkovich” i „Adaptacji” tym razem przygotował krótkometrażowy projekt, który jeszcze przed premierą nazwano robot love story. Półgodzinny film science-fiction zatytułowany jest „I’m Here”, a fundusze na realizację wyłożyli producenci… Absolut Vodka. Co z tego wyszło?

Jeśli wierzyć pierwszym entuzjastycznym doniesieniom z Sundance, Jonze zrealizował czarującą opowieść o miłości, ze znakomicie dobraną muzyką: bardzo osobistą (niektózy twierdzą, że reżyser nakręcił „I’m Here” pod wpływem przeżyć związanych ze trudnym związkiem i rozstaniem z aktorką Michelle Williams), a chwilami wręcz szalenie przygnębiającą. Historia zagubionego bibliotekarza-samotnika, którego ponurą egzystencję odmienia pewna nieznajoma, stanowi liryczną metaforę relacji międzyludzkich we współczesnym, indywidualistyczno-egoistycznym świecie. Brzmi banalnie, ale na ekranie wypada podobno całkiem przekonująco.

Wszystkim, którym w tym roku do Park City nie po drodze, pozostaje obejrzeć obiecujący zwiastun „I’m Here”. Niby sentymentalny schemat, lecz osadzony w intrygującym świecie: podskórnie niepokojącym przez ścieżkę dźwiękową oraz kreację robo-ludzi, przywodzącą na myśl oldschoolowe pecety. „I’m here” to niewątpliwie jedna z premier tegorocznego Sundance Film Festival, na które będę polował. Do upadłego…

„Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha jedzie na Sundance Film Festival!

Zazwyczaj staram się unikać przeklejania materiałów promocyjnych nadsyłanych przez dystrybutorów, jednak ta informacja niewątpliwie  zasługuje na uwagę. Firma ITI Cinema oficjalnie potwierdziła, że najnowszy film Jacka Borcucha został zakwalifikowany do konkursu głównego Sundace Film Festival w sekcji World Cinema Narrative Competition. Po raz pierwszy w historii tej prestiżowej imprezy kina niezależnego polską produkcję spotyka takie wyróżnienie. Zanim „Wszystko, co kocham” zostanie pokazane w Park City, film wejdzie na ekrany polskich kin. Premierę zapowiedziano na 15 stycznia 2010 roku.

We „Wszystko, co kocham” Borcuch opowiada historię grupy przyjaciół, którzy młodość wypełnioną muzyką przeżywają na polskim wybrzeżu. Janek, wrażliwy osiemnastolatek, zakochany w Basi, jak współczesny Romeo, nie jest w stanie pogodzić się z tym, że ich miłość może być zakazana. Konflikt między ich rodzinami sprawi, że rodzące się uczucie zostanie wystawione na próbę.

W tle przetacza się wielka historia, a na pierwszym planie – eksplozja młodości, muzyka, pierwsza miłość, pierwszy bunt, głód życia, seks… wszystko, co najpiękniejsze. Młodzieńczy, idealistyczny świat zostanie zderzony z bezwzględną rzeczywistością, a bohaterowie będą musieli podjąć trudne decyzje kładąc na szali miłość i przyjaźń.

Film Borcucha został nagrodzony Złotym Klakierem – czyli wyróżnieniem dla najdłużej oklaskiwanego filmu w konkursie głównym – na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zebrał tam naprawdę dobre recenzje:

Uwodzicielsko szczery, bezpretensjonalny, romansowy, w najlepszym sensie tego słowa popularny.

Paweł T. Felis, Gazeta Wyborcza

Z ekranu wieje świeżością i energią. Borcuch posiada umiejętność szalenie rzadką w środowisku reżyserów – jak nikt inny potrafi obserwować i być konsekwentnym. Widzi zachowania, gesty, a nawet myśli. Subtelnie – za pomocą słów – pogłębia psychologiczne portrety i motywacje swoich postaci. Całość trzyma w ryzach.

Dagmara Romanowska, Onet.pl

Jacek Borcuch swoim „Wszystko co kocham” raz jeszcze pokazuje, że można w polskim kinie opowiadać świetne historie z wielką klasą i uczuciem.

Przemek Lewandowski, Stopklatka.pl

Młodość, miłość, wolność, bunt i muzyka – jest czas, gdy wszystko zdarza się po raz pierwszy, a miłość ma smak oranżady! – reklamuje „Wszystko, co kocham” dystrybutor. Główne role grają u Borcucha mlodzi Mateusz Kościukiewicz, Olga Frycz i Mateusz Banasiuk. Wkrótce możecie się spodziewać naszej recenzji filmu.