Miesięczne archiwum: Styczeń 2010

„Buried”: Ryan Reynolds pogrzebany żywcem

Paul Conroy, amerykański dostawca porwany w Iraku, budzi się… w trumnie. Pochowany żywcem na pustyni ma zapas tlenu na jakieś półtorej godziny. Może liczyć jedynie na zapalniczkę, telefon komórkowy oraz własną inteligencję. Czy wygra wyścig z czasem i zdoła opuścić śmiertelną pułapkę? Tak w skrócie przedstawia się fabuła thrillera „Buried”, który przed kilkoma dniami miał swoją premierę w Park City. Film w reżyserii Rodriga Cortésa spotkał się ze znakomitym przyjęciem publiczności i krytyków. Trzeba przyznać, że Sundance Film Festival od lat jest kopalnią oryginalnych pomysłów na kino grozy. Czy „Buried” ma szansę pójść śladem „The Blair Witch Project” i „Piły”? Nazwisko Ryana Reynoldsa powinno pomóc w osiągnięciu komercyjnego sukcesu.

Pomysł na „Buried” zrodził się w głowie Chrisa Sparlinga kilka lat temu. Scenariusz trafił na czarną listę najciekawszych projektów niezrealizowanych w Hollywood, ale w końcu znaleźli się producenci i prace na planie mogły ruszyć.

Wydaje się, że cała siła „Buried” tkwi w jego prostocie:  poprzez ograniczenie przestrzeni filmowej do klaustrofobicznego pomieszczenia, co posłużyło wytworzeniu sugestywnego klimatu, Sparling odwołuje się do najbardziej pierwotnych ludzkich lęków. Kamera nie opuszcza wnętrza trumny ani na chwilę. Przez ponad półtorej godziny widz ogląda na ekranie skąpanego w ciemnościach Reynoldsa, a jedyne, co pochodzi z zewnątrz, to głosy osób, z którymi bohater rozmawia przez telefon.

Historia nieustannie wciąga i zaskakuje, trzymając nas na skraju kinowego fotela do ostatnich sekund. – pisze w swojej entuzjastycznej recenzji Peter Sciretta z /Film. Jego zdaniem film sprawdza się dosłownie na każdej płaszczyźnie. Duża w tym zasługa nie tylko scenariusza czy budujących atmosferę zdjęć, lecz również przekonującej kreacji Reynoldsa (co zgodnie podkreślają też inni krytycy).

Dystrybutorzy momentalnie wyczuli, że „Buried” ma potencjał i dzięki odpowiedniemu marketingowi może zrobić furorę porównywalną z ostatnimi sukcesami „Paranormal Activity”. Zaciętą walkę o prawa do dystrybucji filmu w Stanach Zjednoczonych wygrało ostatecznie studio Lionsgate. Ciekawe, czy również Polacy będą mieli okazję wraz z Ryanem Reynoldsem doświadczyć trumiennej traumy na ekranach kin.

Zagraj to jeszcze raz, Kuba

Na kulturalnej mapie Warszawy pojawiło się ostatnio nowe miejsce – Teatr 6. piętro. Jego założycielami są aktor Michał Żebrowski i reżyser Eugeniusz Korin. Teatr ma swoją siedzibę w Sali Koncertowej na szóstym piętrze PKiN. Prowokować do myślenia, nie nudząc. Wzruszać, nie popadając w ckliwość. Bawić, nie błaznując. – to podstawowe cele tej placówki. Trzeba przyznać, że pomysł na inaugurację jest świetny: w sztuce Woody’ego Allena na deskach Teatru 6. piętro zadebiutuje… Kuba Wojewódzki. Celebryta powinien przyciągnąć tłumy na spektakle „Zagraj to jeszcze raz, Sam” (premiera już 6 marca). Chapeau bas panowie, świetny chwyt marketingowy!

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” to najczęściej wystawiana sztuka Allena, w której w mistrzowski sposób połączył on dwie najważniejsze cechy swojego talentu – uniwersalny, ponadczasowy humor inteligentnego obserwatora z liryzmem znerwicowanego wrażliwca z Nowego Jorku.

W historii poszukiwania miłości swego życia przez krytyka filmowego Allana Felixa (debiutujący w teatrze Kuba Wojewódzki), porzuconego przez swoją żonę Nancy (w tej i w jeszcze ośmiu innych rolach kobiet Allana – Małgorzata Socha), zakochującego się przypadkiem w żonie swojego najlepszego przyjaciela, przystojnego biznesmena Dicka (Michał Żebrowski), ślicznej, lecz znerwicowanej Lindzie (Anna Cieślak), którą uwodzi przy pomocy i według wskazówek swojego idola filmowego, legendarnego amanta czarnych kryminałów Humphreya Bogarta, schodzącego do niego w tym celu z ekranu (w tej roli legendarny Daniel Olbrychski) – w historii tej przeplatają się wszystkie najważniejsze tematy i fascynacje Allena – kinem, Nowym Jorkiem, muzyką, seksem, miłością i przemijaniem.

Reżyserii sztuki podjął się oczywiście Korin i – jeśli wierzyć zapowiedziom – wraz z elektryzującą widzów obsadą aktorską zamierza stworzyć spektakl, który jest swoistym hołdem twórczości mistrza przewrotnych komedii. Przyznam szczerze, że ciekaw jestem, co wyjdzie z tego swoistego eventu teatralnego. W kategorii czysto komercyjnej – zapowiada się ogromny sukces.

„Zagraj to jeszcze raz Sam” otworzy w Teatrze 6. piętro cykl Miłość, zdrada i wybaczenie według Woody’ego Allena. Ponadto na deskach zagoszczą zabawy z tekstami Fredry (Fredro Boyem) oraz monodramy napisane specjalnie dla teatru przez zaproszonych do współpracy dramatopisarzy. Więcej informacji dotyczących repertuaru i cen biletów znajdziecie na oficjalnej stronie Teatru 6. piętro.

„I’m Here”: Spike Jonze przedstawia robot love story

Podczas gdy my wciąż czekamy na decyzję dystrybutora w sprawie premiery chwalonego przez krytyków, długo oczekiwanego „Gdzie mieszkają dzikie stwory”, Spike Jonze – uważany za jednego z najbardziej oryginalnych reżyserów – pokazał na Sundance Film Festival swoją najnowszą produkcję. Twórca „Być jak John Malkovich” i „Adaptacji” tym razem przygotował krótkometrażowy projekt, który jeszcze przed premierą nazwano robot love story. Półgodzinny film science-fiction zatytułowany jest „I’m Here”, a fundusze na realizację wyłożyli producenci… Absolut Vodka. Co z tego wyszło?

Jeśli wierzyć pierwszym entuzjastycznym doniesieniom z Sundance, Jonze zrealizował czarującą opowieść o miłości, ze znakomicie dobraną muzyką: bardzo osobistą (niektózy twierdzą, że reżyser nakręcił „I’m Here” pod wpływem przeżyć związanych ze trudnym związkiem i rozstaniem z aktorką Michelle Williams), a chwilami wręcz szalenie przygnębiającą. Historia zagubionego bibliotekarza-samotnika, którego ponurą egzystencję odmienia pewna nieznajoma, stanowi liryczną metaforę relacji międzyludzkich we współczesnym, indywidualistyczno-egoistycznym świecie. Brzmi banalnie, ale na ekranie wypada podobno całkiem przekonująco.

Wszystkim, którym w tym roku do Park City nie po drodze, pozostaje obejrzeć obiecujący zwiastun „I’m Here”. Niby sentymentalny schemat, lecz osadzony w intrygującym świecie: podskórnie niepokojącym przez ścieżkę dźwiękową oraz kreację robo-ludzi, przywodzącą na myśl oldschoolowe pecety. „I’m here” to niewątpliwie jedna z premier tegorocznego Sundance Film Festival, na które będę polował. Do upadłego…

Najnowszy Bond w rękach… Sama Mendesa?

Zapowiada się póki co największa niespodzianka tego roku: wytwórnia MGM nie tylko rozwiała wątpliwości co do wstrzymania prac nad realizacją 23. filmu z bondowskiej serii, lecz przede wszystkim ogłosiła, że… prowadzi rozmowy z Samem Mendesem. Czy uznany brytyjski reżyser, laureat Oscara za „American Beauty”, stanie za kamerą tej produkcji? Do tej pory nie był kojarzony z kinem akcji (choć odrobinę już liznął w gangsterskiej „Drodze do Zatracenia”). Podobnie zresztą jak jego poprzednik – Marc Forster – krytykowany za zbytnie odejście od konwencji przygód Jamesa Bonda w „007 Quantum of Solace”. Czyżby producenci postanowili ponownie zaufać reżyserowi kina autorskiego?

Ewentualne zatrudnienie Mendesa – takiego obrotu spraw chyba nikt się nie spodziewał. Niezwykle cenię dokonania brytyjskiego reżysera, szczególnie „American Beauty” i „Drogę do szczęścia”, jednak naprawdę nie wiem, co o tym pomyśle sądzić. Albo Mendes będzie się musiał odnaleźć w zupełnie nowej dla siebie konwencji, albo wytwórnia naprawdę poważnie myśli o odejściu na stałe od klasycznego stylu kina akcji z przymrużeniem oka. A może chodzi po prostu o próbę pogłębienia psychologii postaci, z czym akurat Mendes poradzi sobie wyśmienicie? Dla Bonda byłoby to jednak coś zupełnie nowego.

Producent Michael G. Wilson zdradził również, że prace nad scenariuszem filmu już trwają. Do duetu złożonego z Neala Purvisa i Roberta Wade’a dołączył tym razem Peter Morgan. Ten sam, który napisał świetne scenariusze „Królowej” oraz „Fost/Nixon”, ale nie popisał się za bardzo w przypadku adaptacji „Kochanic króla”. O fabule najnowszej części przygód Bonda póki co nic jeszcze nie wiadomo. Pewne jest natomiast, że w postać Agenta Jej Królewskiej Mości wcieli się już po raz trzeci Daniel Craig.

Czy wśród partnerujących mu gwiazd znajdzie się… Kate Winslet? Szczerze wątpię w te plotki, chociaż z drugiej strony udział aktorki (prywatnie żony Mendesa) zapowiadałby naprawdę ambitny projekt. Pozostaje czekać na więcej szczegółów w tej sprawie. No, a sam film ma pojawić się w kinach dopiero pod koniec 2011 roku. Do tego czasu jeszcze sporo może się zmienić.