Archiwa tagu: nowe horyzonty

NH 2016: 16 filmów, których nie można przegapić

16. Międzynarodowy Festiwal Filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty

Już za tydzień rozpoczyna się 16. edycja festiwalu Nowe Horyzonty! Tegoroczny program, dzięki wsparciu Europejskiej Stolicy Kultury jest bardzo bogaty – we Wrocławiu zostaną pokazane aż 393 filmy (w tym 221 pełnometrażowych, wśród których 94 to polskie premiery), z ponad 50 krajów. Jak co roku bliżej przyjrzeliśmy się tej długiej liscie i, skupiając się przede wszystkim na filmowych nowościach, przygotowaliśmy dla Was listę szesnastu filmów, których zdecydowanie nie można przegapić. Zresztą, zobaczcie sami! Czytaj dalej

NH 2014: 14 filmów, których nie można przegapić

14. Międzynarodowy Festiwal Filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty

14. edycja festiwalu Nowe Horyzonty tuż tuż! Wrocławskie święto kina rozpocznie się w najbliższy czwartek. Tradycyjnie z tej okazji bliżej przyjrzeliśmy się programowi festiwalu i, skupiając się przede wszystkim na filmowych nowościach, przygotowaliśmy dla Was listę czternastu filmów, których zdecydowanie nie można przegapić. Zresztą, zobaczcie sami! Czytaj dalej

Nowe Horyzonty 2011: „Attenberg” wygrywa!

Premierowym pokazem filmu „Skóra, w której żyję” w reżyserii Pedro Almodóvara zakończył się 11. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty. Wcześniej ogłoszono laureatów wszystkich konkursów. W najważniejszym i najgoręcej komentowanym, czyli Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty, triumfowała Athina Rachel Tsangari i jej „Attenberg”. Nagrodę publiczności otrzymała, to zbieg okoliczności, „Nagroda”. Poznaliśmy też pierwsze atrakcje programu przyszłorocznej edycji festiwalu!

Podczas tegorocznej edycji festiwalu odbyło się pięć konkursów: Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty, Międzynarodowy Konkurs Filmy o Sztuce, Konkurs Nowe Filmy Polskie, Konkurs Europejskie Filmy Krótkometrażowe oraz Konkurs Polskie Filmy Krótkometrażowe.

W Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty spośród 14 filmów międzynarodowe jury w składzie Anocha Suwichakornpong, Denis Côté, Hugo Vieira da Silva, Frédéric Boyer, Mariusz Grzegorzek przyznało Grand Prix festiwalu oraz 20 tys. euro greckiemu filmowi „Attenberg” Athiny Rachel Tsangari. Specjalne wyróżnienie otrzymał „Grabarz” Sándora Kardosa. Nagrodę The International Film Guide otrzymał obraz „Ruchy Browna” w reżyserii Nanouki Leopold.

Po raz drugi w historii festiwalu krytycy filmowi, zrzeszeni w Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych, przyznali prestiżową nagrodę FIPRESCI, którą otrzymał „Grabarz” Sándora Kardosa. W jury FIPRESCI zasiedli Carmen Gray, Kira Taszman i Anita Piotrowska. Natomiast festiwalowa publiczność najlepszym filmem ogłosiła debiut argentyńskiej reżyserki Pauli Markovitch zatytułowany „Nagroda” ze zdjęciami Wojciecha Staronia.

W międzynarodowym Konkursie Filmów o Sztuce międzynarodowe jury w składzie Roee Rosen, Gaspard Kuentz, Cédric Dupire, Tomasz Budzyński, Werner Nekes przyznało nagrodę 10 tys. euro filmowi „Arirang” autorstwa Kim Ki-Duka. Wyróżnienie Specjalne przypadło filmowi „Pyuupiru” Daishi Matsunagiego.

Filmy „Attenberg”, „Arirang”, „Grabarz” oraz „Nagroda” mają zagwarantowaną dystrybucję w Polsce.

W Konkursie Nowe Filmy Polskie, Wrocławską Nagrodę Filmową w wysokości 100 tys. złotych, ufundowaną przez Prezydenta Wrocławia, decyzją jury, uhonorowano film Anki i Wilhelma Sasnal „Z daleka widok jest piękny”. Nagrodę Marszałka Województwa Dolnośląskiego w wysokości 40 tys. złotych za najlepszy debiut otrzymał Jan Komasa za „Salę samobójców”. Międzynarodowe Jury obradowało w składzie Györgi Pálfi, Martin Blaney, Dimitri Eipides.

W konkursie Europejskie Debiuty Krótkometrażowe w kategorii animacja zwyciężył film „Jestem cały”, za najlepszy dokument festiwalowa publiczność uznała film „Szef” Yuri Ancaraniego, a najwięcej głosów w kategorii fabuła zdobył „Uciekinier” Victora Carreya.

W konkursie Polskie Filmy Krótkometrażowe zwycięzców również wybrała festiwalowa publiczność. Za najlepszą animację uznano „Drżące trąby” w reżyserii Natalii Brożyńskiej. Spośród filmów dokumentalnych wyróżniono „3 dni wolności” Łukasza Borowskiego, a film „Basia z Podlasia” w reżyserii Aleksandra Dembskiego zdobył tytuł najlepszej fabuły.

W trakcie 11 dni zaprezentowano 483 filmy, pochodzące z 44 krajów (w tym 228 filmów pełnometrażowych), a w festiwalu uczestniczyło ponad 111 tysięcy widzów. Do Wrocławia przyjechało 157 reżyserów filmowych, aktorów, producentów, agentów sprzedaży i dystrybutorów filmowych z zagranicy, oraz 241 gości z branży polskiej. Wydarzeniem była również wizyta Ashgara Farhadiego, twórcy „Rozstania”, zdobywcy Złotego Niedźwiedzia na tegorocznym Berlinale.

Podczas 11. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty retrospektywy reżyserskie mieli: Terry Gilliam, Andrzej Munk, Jack Smith, Bruno Dumont, Mariusz Wilczyński, Werner Nekes. Festiwalowa publiczność mogła poznać współczesne oblicze kina norweskiego oraz twórczość wybitnej reżyserki Anji Breien. Pokazy odbyły się w ramach projektu Norwegia bez granic. W sekcji Nocne szaleństwo zaprezentowano przegląd kultowych midnight movies. Po raz pierwszy w Polsce pokazano japońskie kino różowe (pinku eiga). Wielką popularnością cieszył się również przegląd czerwonych westernów.

12. edycja Nowych Horyzontów odbędzie się w dniach 19-29 lipca 2012. Podczas kolejnej odsłony festiwalu zostanie zaprezentowany przegląd kinematografii meksykańskiej oraz retrospektywa twórczości jej znakomitego przedstawiciela Carlosa Reygadasa. Bohaterami innych retrospektyw będą legendarny serbski reżyser Dušan Makavejev, austriacki twórca Ulrich Seidl oraz autor filmów awangardowych Peter Tscherkassky.

Nowe Horyzonty 2011: Łowca trolli

Horror fantasy „Łowca trolli” to bezpretensjonalna rozrywka, czyli nowohoryzontowy unikat. To podmuch orzeźwienia prosto z Norwegii, bardzo potrzebny w salach wypełnionych duchotą przeintelektualizowanego czy artystowskiego kina. Nic dziwnego, że publiczność we Wrocławiu przyjęła tę produkcję z ogromnym entuzjazmem. Wcześniej film spodobał się także za oceanem. Ba, w Hollywood planowany jest już remake!

W „Łowcy trolli” z powodzeniem połączono dwie konwencje, niezwykle popularne we współczesnych horrorach i kinie science-fiction, czyli found footage i mockumentary. Koncepcja fabuły jest bardzo prosta: oglądamy zapis intrygującego materiału wideo zrealizowanego przez troje studentów, który wpadł w ręce reżysera. To, co zaczyna się jak niewinne zadanie reporterskie, kończy się na śmiertelnie niebezpiecznym spotkaniu z największą tajemnicą Norwegii. Okazuje się bowiem, że tajemniczy myśliwy, którego nieustępliwi bohaterowie śledzą przez kilka dni z kamerą w związku z oskarżeniami o kłusownictwo, to pracujący na zlecenie rządu… łowca trolli.

W przeciwieństwie do twórców „Blair Witch Project” czy ”Paranormal Activity”, reżyser André Øvredal nie stawia na przerażenie widza za wszelką cenę. Kręci wciągającą parodię, zręcznie balansując na granicy grozy i kina klasy B. Unika przy tym przesadnej tandety i śmieszności. Wręcz przeciwnie, buduje zaskakująco spójną wizję rzeczywistości - wraz z bohaterami poznajemy tajniki pracy łowcy i sposoby, jakimi rząd ukrywa wstrząsającą prawdę o istnieniu trolli zagrażających życiu obywateli.

Pełna absurdu, czarnego humoru i widowiskowych momentów całość znakomicie wpisuje się w filmowy portet Norwegii – skandynawskiego kraju i jego osobliwych mieszkańców, w którym pod pozorami surowego ładu i dobrobytu kryją się mroczne tajemnice.

Przemysław Wojcieszek przedstawia obrazki z HDSLR-owej rewolucji

Przemysław Wojcieszek, twórca „Głośniej od bomb” i „Doskonałego popołudnia”, który przed rokiem otrzymał Wrocławską Nagrodę Filmową w konkursie Nowe Kino Polskie za „Made in Poland”, zaprasza na HDSLR-ową rewolucję. W czwartek (28 lipca) o północy we wrocławskim kinie Helios (sala 6) niepokorny reżyser zdradzi szczegóły swojego najnowszego projektu zatytułowanego „Dziedzictwo”.

Kino w Polsce jest domeną bogatych i sytych. Konwencjonalna produkcja filmowa, na straży której stoi państwo, należy do aparatu represji. Kino nie jest i nigdy nie było bronią uprzywilejowanych i sytych. Jest bronią wykluczonych i biednych. Akt niezależnej kreacji zamieniamy w akt agresji wobec systemu, który eliminuje to, co nie mieści się w jego neoliberalnych ramach. Używamy do tego aparatów HDSLR, obiektywów i kart pamięci. Nazywam to rewolucją.

Kino jest wielkie. Kino jest natchnione. Kino jest uniwersalne. Kino jest tanie. Kino jest powszechne. Kino jest demokratyczne jak jeszcze nigdy w swojej historii. Kino jest święte. Kino jest Kościołem, który przyjmuje wszystkich. Kino nie wyklucza nikogo. Kino nie uznaje żadnych reguł, żadnych barier. Dla kina nie istnieje pojęcie cenzury. Kino nie powstaje w wyniku decyzji urzędnika. Kino wynika z talentu. Kino wynika z pasji. Kino wynika z miłości. Kino wyzwala ze strachu, ze słabości, z uczucia wykluczenia. Kino jest wieczne. Kino jest intelektualne. Kino jest plebejskie. Kino jest ucieczką. Kino jest bronią. Kino jest permanentną rewolucją bez ofiar. Kino jest na klatce taśmy 35/16/8mm. Kino jest na karcie pamięci. Kino nie oczekuje niczego. Kino oddaje wszystko. Kino jest dziś na sali kinowej, na ekranie laptopa, na wyświetlaczu komórki. Kino przechodzi z rąk do rąk jak chleb. Kino jest życiem. Kino jest chwilą. Kino jest oddechem. Kino jest wolnością. Kino jest wszędzie.

Przemysław Wojcieszek

Nowe Horyzonty 2011: Festiwal rozpoczęty!

Uff, Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty uroczyście wkroczył dziś w drugą dekadę! Wrocławski festiwal od lat konsekwentnie prezentuje kino autorskie, filmy poszukujące nowego języka, ciekawej formy, tematów nieobecnych w produkcjach głównego nurtu. Imprezę otworzyło „Rozstanie” Asghara Farhadiego, film nagrodzony w tym roku Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie.

Irański reżyser, znany polskiej publiczności m.in. z „Co wiesz o Elly?”, pokazuje ponownie pełen pęknięć i rys obraz swojego społeczeństwa. Drugim filmem otwarcia jest „Pewnego razu w Anatolii” Turka Nuri Bilge Ceylana – zdobywca tegorocznej nagrody Grand Prix na festiwalu w Cannes.

Kurczy się mapa miejsc, gdzie bezkompromisowi twórcy mogą pokazywać swoje odważne filmy – pisze Roman Gutek w liście do uczestników festiwalu. – Mam świadomość, że musimy wykonać jeszcze dużą pracę, ale wierzę, że za kilka lat to właśnie Wrocław będzie kojarzony w świecie z miejscem, prezentującym niekonwencjonalne filmy.

W programie tegorocznej edycji znajdą się 483 filmy, w tym aż 223 to filmy pełnometrażowe. Nowe Horyzonty 2011: 10 filmów, których nie można przegapić – poznaj najciekawsze propozycje festiwalu!

Obok konkursów i stałych festiwalowych sekcji, organizatorzy tegoroczne przeglądy: „Za różową kurtyną” (japońskie kino erotyczne pinku eiga), ‘Round Midnight (kultowe midnight movies), Czerwone westerny, współczesne kino norweskie oraz przeglądy twórczości Andrzeja Munka, Terry’ego Gilliama, Mariusza Wilczyńskiego, Anji Breien, Jacka Smitha i Wernera Nekesa. Zapraszamy na spotkania z twórcami, panele dyskusyjne, wystawy, koncerty w klubie festiwalowym T-Mobile Music.

Bilety na filmy, koncerty i wydarzenia specjalne w ramach 11. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty można nabyć w Centrum Festiwalowym w Teatrze Lalek we Wrocławiu na Placu Teatralnym 4. Kasy Centrum Festiwalowego czynne są w godzinach 9.00-21.00 (przerwa 14.45-15.15).

Nowe Horyzonty 2011: 10 filmów, których nie można przegapić

Już w najbliższy czwartek (21 czerwca) rozpocznie się 11. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty. Tym razem pod znakiem kina norweskiego, japońskich erotyków, Midnight Movies, czerwonych westernów i twórczości Terry’ego Gilliama. Uważnie przyjrzeliśmy się repertuarowi tegorocznej imprezy i wybraliśmy 10 filmów, których we Wrocławiu nie można przegapić. Zobaczcie sami!

Moja łódź podwodna, Submarine, reż. Richard Ayoade (USA, Wielka Brytania 2010)

Ten film uchwyci moje specyficzne cechy, na przykład pokaże, jak uwodzę moją koleżankę z klasy za pomocą siły umysłu. Będą ujęcia śmigłowców. Będą zdjęcia w zwolnionym tempie, ale także momenty transcendencji, gdy wyleczę ojca z depresji. Znając mnie, a znam się nieźle, zdziwię się, jeśli film będzie trwał krócej niż trzy godziny. Informacja dla prasy: przy opisywaniu filmu należy używać przymiotników „olśniewający” i „porywający”, a także zwrotu „epokowe osiągnięcie” - tak opowiada o filmie jego bohater, 15-letni Olivier. I ton tej wypowiedzi wiele mówi o pełnometrażowym debiucie Richarda Aoyade’a.

Lęk wysokości, reż. Bartek Konopka (Polska, 2010)

Bartosz Konopka jest ryzykantem. Każdy fałszywy, nieprzemyślany ruch mógł spowodować, że jego fabularny debiut przerodziłby się w, tak przecież niepożądaną przez poważnego odbiorcę, ckliwość i łzawość. Ale „Lęk wysokości” unika czyhających nań pułapek. Pozostaje przejmującym autorskim zapisem relacji między synem a ojcem, gdzie pierwszy jest dobrze sytuowanym karierowiczem, a drugiego stopniowo degraduje rozwijająca się choroba psychiczna.

Walk Away Renée, reż. Jonathan Caouette (USA, Francja, Belgia, 2011)

„Walk Away Renée” powtarza formułę genialnego debiutu Jonathana Caouette’a, filmu „Tarnation”. Tym razem jednak twórca kamerę skierował na swoją matkę, cierpiącą na chorobę dwubiegunową. Podobnie jak w „Tarnation” autor konstruuje opowieść z materiałów archiwalnych, swoich własnych home movies, taśm nakręconych przez znajomych rodziny i zdjęć z podróży z matką zarejestrowanych podczas jej przeprowadzki z Teksasu do Nowego Jorku (które budują strukturę filmu, pozwalając wpisać go tym samym w nurt kina drogi).

Skóra, w której żyję, La piel que habito, reż. Pedro Almodóvar (Hiszpania, 2011)

„Skóra, w której żyję” to dla Pedro Almodóvara ważny film. Po latach wierności konwencji melodramatu hiszpański mistrz eksperymentuje z gatunkami (…). Jednak wiara w miłość i siłę namiętności pozostaje u Hiszpana niezmienna. Bohaterem filmu jest chirurg plastyczny, który trzyma w zamknięciu piękną Ewę. Kim jest tajemnicza kobieta? Jakie stosunki łączą ją z lekarzem? Prawda okaże się bardziej szokująca niż najśmielsze przypuszczenia.

Attenberg, reż. Athina Rachel Tsangari (Grecja, 2010)

23-letnia Marina (nagrodzona na festiwalu w Wenecji za najlepszą żeńską rolę Ariane Labed) mieszka z ojcem w typowym fabrycznym miasteczku nad morzem. Ponieważ ludzie wydają jej się dziwni i odpychający, zawsze zachowuje dystans. Woli poznawać swoje otoczenie poprzez piosenki zespołu Suicide, dokumenty o ssakach Davida Attenborough oraz lekcje wychowania seksualnego, które otrzymuje od swojej jedynej przyjaciółki, Belli.

Król wyspy skazańców, Kongen av Bastøy, reż. Marius Holst (Norwegia, Francja, Szwecja, Polska, 2010)

Bastøy to wyspa leżąca w fiordzie Oslo, na której od 1900 do 1970 roku działał dom poprawczy dla chłopaków w wieku od 11 do 18 lat. Pierwotnym celem powstania instytucji była resocjalizacja i edukacja skierowanych do niej młodocianych przestępców. Okazało się jednak, że wykorzystywano ich głównie do pracy, znęcając się nad nimi fizycznie i psychicznie. W 1915 roku wybuchł w ośrodku bunt. „Król wyspy skazańców” jest opowieścią opartą na tamtych zdarzeniach i kolejnym obrazem w karierze Holsta opisującym świat nastoletnich chłopaków. Tym razem motywem przewodnim jest dojrzewanie do walki o godność i wolność.

Code Blue, reż. Urszula Antoniak (Holandia, Dania, 2011)

„Code Blue”, drugi po znakomicie przyjętym „Nic osobistego” pełnometrażowy film Urszuli Antoniak, należał do najgoręcej dyskutowanych propozycji w sekcji Piętnastka reżyserów tegorocznego festiwalu w Cannes. Wzbudził skrajne reakcje, od słów pochwalnych po ostentacyjne opuszczanie sali. – „Code Blue” to wyzwanie, kino, które niemal fizycznie męczy – mówiła o swoim dziele reżyserka. – Mam wrażenie, że tym razem poszłam dalej, wzięłam na siebie większe ryzyko. Ale o to mi chodzi – rzucam się na głęboką wodę i sprawdzam, czy się nie utopię.

Arirang, reż. Kim Ki-Duk (Korea Południowa, 2011)

Totalnie autorska, bezkompromisowa spowiedź jednego z czołowych reżyserów kina artystycznego. Po wspomnianym wypadku Kim spędza dwa lata na dobrowolnym wygnaniu, w nieogrzewanej chacie na koreańskiej prowincji. W dialogu ze sobą z ekranu i ze swoim cieniem analizuje źródła własnej twórczości, podszywające ją emocje i kompleksy, pułapki stylu, powtarzania i oczekiwań. Ton waha się od samobiczowania do narcyzmu.

Łowca trolli, Trolljegeren, reż. André Øvredal (Norwegia, 2010)

Trolle istnieją! André Øvredal ma na to dowód. W jego ręce wpadł materiał wideo dokumentujący poczynania łowcy trolli (…). Film zręcznie balansuje na granicy kina grozy i jego parodii. Udaje mu się przy tym ani nie popaść w śmieszność, ani nie spaść do klasy B, gdzie zazwyczaj trafiają horrory o podobnej tematyce. Korzystając z konwencji mockumentary – fikcyjnego dokumentu – reżyser nasyca norweską rzeczywistość solidną dawką absurdu. Ten nie jest jednak grubymi nićmi szyty, dlatego nawet świadomi wpuszczania w maliny widzowie zaczynają podejrzewać, że coś może być na rzeczy.

Rocky Horror Picture Show, The Rocky Horror Picture Show, reż. Jim Sharman (Wielka Brytania, USA, 1975)

Najdłużej utrzymujący się w dystrybucji kinowej film w historii poniósł początkowo kasową klęskę. Przywróciły go do życia (być może nieśmiertelnego) seanse o północy, w ramach których pokazy „Rocky Horror Picture Show” zmieniły się w świecki rytuał, a publiczność w uczestniczących aktywnie wyznawców. Autor musicalu scenicznego, Richard O’Brien (występujący w filmie w roli Riffa Raffa), oddał hołd ukochanemu przez siebie kinu klasy B – przede wszystkim tanim filmom grozy i science-fiction z wytwórni RKO.

Fragmenty opisów filmów pochodzą z katalogu z oficjalnej strony www.nowehoryzonty.pl.

Terry Gilliam odkryje zupełnie Nowe Horyzonty

Miło nam przekazać Wam tę wiadomość: reżyser, scenarzysta i aktor Terry Gilliam będzie gościem 11. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty we Wrocławiu, gdzie odbędzie się retrospektywa jego twórczości. Przegląd dzieł wizjonera współczesnego kina, autora legendarnych animacji tworzonych w grupie Monty Pythona oraz brawurowych wizualnie filmów z pogranicza snu i halucynacji, to jedno z najważniejszych wydarzeń zbliżającego się festiwalu.

Wrocławska publiczność będzie mogła obejrzeć wszystkie pełnometrażowe dzieła Terry’ego Gilliama, od tych tworzonych w Wielkiej Brytanii wraz z członkami legendarnej grupy komików („Żywot Briana”, „Monty Python i święty Graal”), przez szalone komedie przygodowe („Bandyci czasu”, „Przygody barona Münchausena”), orwellowską, przewrotną wizję totalitarnej rzeczywistości „Brazil”, nakręcone w Stanach Zjednoczonych, kultowe „The Fisher King”, „12 małp” i „Las Vegas Parano”, po zrealizowane z wizualnym rozmachem autorskie baśnie „Nieustraszeni bracia Grimm”, „Kraina traw” i „Parnassus”.

W programie przeglądu znalazł się również dokument o Gilliamie, „Zgubiony w La Manchy”, opowiadający o przygotowaniach do niezrealizowanego projektu „Człowiek, który zabił Don Kichote’a” oraz krótkie metraże, w tym – pokazywana po raz pierwszy w Polsce – „Świetna rodzina”.

Podczas festiwalu będzie mieć premierę książka „Wunderkamera. Kino Terry’ego Gilliama” pod redakcją Kuby Mikurdy. To zbiór osiemnastu tekstów autorstwa młodych polskich krytyków filmowych. Oprócz artykułów przyglądających się twórczości Gilliama w najróżniejszych kontekstach (od musicalu, przez estetykę neobarokową, tradycję animacji surrealistycznej i kino gatunków, po politykę fantazji i mitologię współczesnej Ameryki), zbiór zawiera sześć obszernych dyskusji poświęconych konkretnym filmom, a także rozmowę z Terrym Gilliamem, w której reżyser odpowiada na pytania autorów.

Kino Terry’ego Gilliama to także oryginalny projekt edytorski – książkę zaprojektował artysta i teoretyk sztuki Jakub Woynarowski.

ENH 2009: Szwecja zimna jak śnieg

Malowniczy, choć jednocześnie niepokojąco surowy i pusty krajobraz mroźnej Skandynawii. Gdzie nie spojrzeć – wszystko pokryte nieskazitelnie białym, skrzypiący pod butami śniegiem. A w tej scenerii – osamotnieni, wycofani i głęboko nieszczęśliwi ludzie. Po obejrzeniu kilku filmów z retrospektywy współczesnego kina szwedzkiego podczas 9. Międzynarodowego Festiwalu Era Nowe Horyzonty odniosłem wrażenie, że klimat śnieżnej krainy wpływa znacząco na temperaturę kontaktów pomiędzy jej mieszkańcami – tworzy chłód, który pojawia się nawet w najbardziej intymnych i bliskich relacjach. A może to jedynie przypadek, że właśnie na takie tytuły trafiłem we Wrocławiu…?

Na „Króla ping-ponga” – pełnometrażowy debiut Jensa Jonssona (nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie za krótkometrażowy „Bror min”) – czekałem od jesieni zeszłego roku. Nie udało mi się obejrzeć tego filmu podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Postanowiłem nadrobić zaległości we Wrocławiu.

„Król ping-ponga” to błyskotliwa historia nieudacznika, zmagającego się z przeciwnościami losu. Rille ma szesnaście lat i mieszka na dalekiej szwedzkiej prowincji. Z racji swojego wyglądu, a dokładnie – tuszy, jest celem niezbyt wybrednych żartów w szkole. Jego rodzice rozwiedli się kilka lat temu, a rzadko odwiedzający syna ojciec jest alkoholikiem. Wszystkich swoich kompleksów chłopak wyzbywa się w szkolnym klubie ping-ponga, gdzie nie ma sobie równych przy tenisowym stole. Jednak życie nie jest tak proste, jak owa gra i nie obowiązują w nim raz ustalone, nieskomplikowane zasady.

Jens Jonsson nie oferuje niczego specjalnie oryginalnego, ani jeśli chodzi o samą fabułę, ani o sposób jej prowadzenia. Powoli i starannie pokazuje  codzienne życie bohatera, systematycznie zbliżając się i przygotowując widza do kulminacyjnego momentu. Choć niewyraźnie, czuć niespiesznie wzrastające napięcie towarzyszące kolejnym posunięciom Rille. Temu napięciu towarzyszy specyficzny skandynawski humor, pełen groteski i charakterystycznej grubej kreski w rysowaniu postaci i budowie dialogów.

Oczywiście, „Król ping-ponga” rozgrywa się w usypiającej, śnieżnej scenerii szwedzkiej prowincji. Bezkresne połacie bieli, zasypane szosy, lodowe rzeźby i zamrożona tafla jeziora – to wszystko tworzy niesamowity klimat filmu Jonssona.

Podobne wątki pojawiają się w osobliwym horrorze „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona. Wyalienowany i nieszczęśliwy Oskar jest – tak jak Rille – wyśmiewany i gnębiony przez innych uczniów w szkole. Pochodzi z rozbitej rodziny i spędza samotne popołudnia na podwórku. Sytuacja zmienia się, gdy do bloku, w którym mieszka Oskar, wprowadza się tajemnicza Eli. Wkrótce okaże się nie tylko jedyną przyjaciółką bohatera, ale i naprawdę niezwykłą dziewczynką…

Po opisach fabuł tego filmu i „Króla ping-ponga” można by stwierdzić, że wszystkie szwedzkie scenariusze pisze ten sam scenarzysta, tylko ubiera je w kostiumy różnych gatunków: tym razem zamiast gorzkiej komedii stworzył horror. Zresztą raczej nieudany. Mamy tu do czynienia z kolejną historią o outsiderach i ich walce z nienawidzącym odmieńców społeczeństwem. Główny bohater znów zmaga się z niechętnymi mu kolegami, ma także problemy rodzinne (czemu wszyscy szwedzcy ojcowie to alkoholicy?!).

Scenariusze produkcji są zbliżone do siebie na tyle, że obaj bohaterowie uczą się pływać na basenie, a Oskar zamiast grać w ping-ponga zaczyna podnosić ciężary (choć nie da się powiedzieć, że jest królem siłowni). Tym razem jednak spotyka na swej drodze postać, która z pewnych powodów (nie zdradzając fabuły filmu) jeszcze bardziej nie pasuje do innych ludzi i – oczywiście – zaprzyjaźnia się z nią. Ale to już było…

Co prawda, muszę przyznać, że wprowadzenie elementu grozy nie jest takim złym pomysłem, gdyby… wykonanie było nieco lepsze. Motyw wampiryzmu i związanej z nim alienacji to dobry materiał na scenariusz – w przypadku „Pozwól mi wejść” niewykorzystany. Alfredson niestety rezygnuje ze zwyczajowej recepty na wywołanie u widza strachu, sprowadzając tym samym element nadprzyrodzoności i efekty specjalne do minimum. A szkoda, bo może gdyby film nie byłby dobry, to przynajmniej straszny albo chociaż… śmieszny.

Trzecim, zdecydowanie najlepszym szwedzkim obrazem, który obejrzałem na Nowych Horyzontach, był film Johana Klinga. Scenariusz „Darling” zdecydowanie różni się od poprzednich pozycji.

Sztokholm. Eva jest atrakcyjną, ale zimną i wyrachowaną młodą dziewczyną z dobrego domu. Na co dzień pracuje w butiku Gucciego, a wieczorami spotyka się z przyjaciółmi w modnych klubach i kawiarniach. Bernard to pełen uroku sześćdziesięciolatek, który niedawno stracił pracę i żonę. Mimo życiowych niepowodzeń pozostaje wiecznym optymistą. Oboje należą do zupełnie innych światów, ale dziwnym trafem ich drogi się krzyżują. Co z tego wyniknie?

Zimny powiew nowości na nowohoryzontalnym szwedzkim gruncie filmowym. Na szczęście scenerią nie jest tym razem zasypana śniegiem szwedzką prowincja, lecz metropolia, stolica państwa – Sztokholm. Już to powoduje inny odbiór obrazu. Oczywiście i w „Darling” ukazano zimowy, tym razem miejski krajobraz, lecz w sposób znacznie bardziej subtelny i rzeczywiście podkreślający chłód panujący w relacjach głównej bohaterki z ludźmi. Eva jest zimna jak lód (sic!), jej mimika nie oddaje żadnych emocji nawet w najbardziej tragicznych momentach. Reżyser zakazał odgrywającej rolę Evy Michelle Meadows uśmiechania się – nawet jej oczy nie wyrażają żadnych uczuć – co tworzy chwilami złudzenie, że twarz głównej bohaterki jest całkowicie martwa.

Johan Kling nie otrzymał na swój film funduszy od Szwedzkiego Instytutu Filmowego. Powód? Szwedzi nie chcą oglądać na kinowym ekranie pustych, zimnych postaci bez charakteru. Tylko dlaczego? Przecież w rzeczywistości takich ludzi jest mnóstwo, ludzi, dla których ważne są jedynie markowe ubrania i bycie w dobrym towarzystwie. O nich także można stworzyć ciekawy film, choćby – tak jak zrobił to Kling – kontrastując ich świat ze światem starszego pana po przejściach, dobrotliwego i ciepłego, wiecznego optymisty.

Można by zarzucić reżyserowi, że znajomość dwojga głównych bohaterów ociera się o sentymentalizm, lecz Kling z zimną, szwedzką krwią pozbawia nas złudzeń w bardzo ostrym, realistycznym zakończeniu. Co do braku funduszy od Instytutu Filmowego – może to i lepiej – dzięki niskiemu budżetowi „Darling” uzyskał swój własny, kameralny klimat.

ENH 2009: Kanadyjczycy potrafią kręcić filmy

Już na długo przed rozpoczęciem festiwalu ostrzyłem sobie zęby na retrospektywy współczesnych kinematografii – szwedzkiej i kanadyjskiej, mając do tej pory naprawdę dobre doświadczenia z filmami realizowanymi w obu tych krajach. I póki co się nie zawiodłem. Oba kanadyjskie obrazy, które obejrzałem we Wrocławiu – choć każdy w całkowicie innej formie i konwencji – podejmują problematykę roli mediów w społeczeństwie, stanowiąc ciekawą i wartościową alternatywę dla pseudo-nowatorskich pozycji konkursowych.

„Odświeżająca i dowcipna reinterpretacja filmu zombie.” – to jedno zdanie z opisu w festiwalowym programie spowodowało, że „Pontypool” stał się jedną z moich najbardziej oczekiwanych pozycji w repertuarze tegorocznej imprezy jeszcze przed przyjazdem do Wrocławia. Kanadyjski reżyser Bruce McDonald (twórca „Przypadków Tracy” z Ellen Page) proponuje widzowi nie tylko nowe, przewrotne spojrzenie na kino grozy spod znaku żywych trupów, lecz również inteligentny komentarz na temat ważnej roli, jaką we współczesnym świecie odgrywają mass media.

Grant Mazzy to podstarzały i sfrustrowany prezenter radiowy, który najlepsze lata ma już najwyraźniej za sobą. Pierwszego dnia w nowej pracy, prowincjonalnej stacji radiowej gdzieś na północy Kanady, odbiera serię dziwnych, niepokojących wiadomości o zamieszkach i chaosie szerzącym się w tytułowym miasteczku Pontypool. To, co z początku wydaje się idealną szansą na powrót gwiazdy eteru, szybko okaże się ekstremalnie niebezpieczną rozgrywką…

W „Pontypool” nie doświadczymy ani makabry, ani scen walki czy ucieczki, ani lejącej się strumieniami posoki – a przecież właśnie tego można by się spodziewać po horrorze o zombie. Bruce McDonald postawił nie na epatowanie przemocą i czerwienią gęstej krwi, lecz oryginalny pomysł. Emocjonujące relacje naocznych świadków tajemniczego wydarzenia, napływające do Mazzy’ego i jego dwóch współpracownic drogą telefoniczną i często urywane w dramatycznych okolicznościach, powoli – acz sugestywnie – budują napięcie i tworzą aurę zagadkowości. Zamknięci w studiu radiowym bohaterowie, w pewnym sensie odcięci od świata, nie mają możliwości oceny sytuacji. W pewnej chwili zastanawiają się w ogóle, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy jest jedynie przerażającym żartem. Wraz z nimi widz trwa w ciągłej niepewności.

Gdy niebezpieczeństwo wreszcie nadciąga – początkowo (tylko pozornie) niewinne – okazuje się, że aby przeżyć wystarczy milczeć, a najlepiej – zamknąć się w dźwiękoszczelnej kabinie. Wówczas na pierwszy plan wychodzi problematyka medialnej manipulacji: z jednej strony radio, telewizja i Internet zawodzą, gdy bohaterowie potrzebują na bieżąco informacji o sytuacji w Pontypool, z drugiej – sami są jej podstawowym źródłem. Słowo wypowiedziane na antenie stacji radiowej i telewizyjnej czy zapisane na stronach porannej gazety zyskuje bowiem zupełnie inne znaczenie – status faktu.

Film McDonalda to również błyskotliwa komedia, pastiszująca konwencję kina grozy (w końcu już sam sposób rozprzestrzeniania się wirusa jest absurdalny). Dzięki doskonale napisanym dialogom, a głównie – rozbudowanym fragmentom z wypowiedzi spikera na antenie, otrzymujemy dużą dawkę czarnego humoru. Swoje trzy grosze dorzuca tu charyzmatyczny Stephen McHattie (aktor znany chociażby z „Historii przemocy” czy „Tragedii Posejdona”), w brawurowym stylu odgrywający rolę Mazzy’ego.

Ciekawe refleksje płyną także z „Anatomii sławy”. Denys Arcand, jeden z najbardziej uznanych kanadyjskich twórców (jego „Inwazja barbarzyńców” otrzymała w 2003 roku Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego), w ciekawy i nieszablonowy sposób przedstawia proces stawania się celebritywyśmiewając jednocześnie dzisiejsze społeczeństwo, owładnięte obsesją popularności i kulturę nastawioną na powierzchowność.

Tina (piękna Jessica Paré) wraz z siostrą i matką mieszka w niedużym miasteczku na kanadyjskiej prowincji. Odkryta przez miejscowego fotografa, zostaje nagle przeniesiona w świat show-biznesu i wyższych sfer. Robi błyskawiczną karierę jako modelka. W jej życie wkraczają paparazzi, tabloidy, talk-showy, kolejni kochankowie i kolejne skandale, a nawet – osobisty dokumentalista.

„Anatomię sławy” można by nazwać fabularnym dokumentem. Historia Tiny zbudowana została niemal w całości z przekazów medialnych na temat jej życia. Oglądamy programy telewizyjne, w których uczestniczyła, relacje dziennikarskie, klipy reklamowe i sesje zdjęciowe, a przede wszystkim – materiały stworzone przez podążającego za nią krok w krok przyjaciela-fotografa, szczegółowo utrwalającego na kliszy życie bohaterki. Ten specyficzny sposób narracji pozwala reżyserowi na zaaranżowanie szeregu humorystycznych scen, a widzowi nie pozwala się nudzić.

Denys Arcand stworzył dobrą, choć niedocenioną przez krytyków, satyrę na ideę gwiazdorstwa. Pod przykrywką lekkiej komedii ukrył ważkie przemyślenia dotyczące powierzchowności dzisiejszego społeczeństwa. Główna bohaterka staje się gwiazdą jedynie dzięki swojemu wyglądowi. Zapraszana do programów telewizji nie ma nawet okazji, by się wypowiedzieć, bądź też jej słowa zostają przeinaczone, a coraz większą sławę zyskuje dzięki kolejnym romansom. To symbol konformizmu: Tina wtapia się w bezsensowny świat celebrytów wiedziona kreowanym przez media ideałem gwiazdorstwa. W końcu zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze, lecz dzieje się to dopiero w momencie, gdy zostaje zapomniana.

Retrospektywa współczesnego kina kanadyjskiego obfituje w godne polecenia pozycje. Kanadyjczycy z pewnością mogą konkurować ze swoimi sąsiadami Amerykanami, nie ustepując im poziomem realizacji. Prawie jak Hollywood to jednak nie to samo co Hollywood – być może z korzyścią dla twórców z kraju klonowego liścia, preferujących bardziej kameralną atmosferę i częściej sięgających po kino artystyczne.