Miesięczne archiwum: Wrzesień 2011

Niezły dokument się zapowiada

Serwis /Film opublikował zwiastun dokumentu „Knuckle”. Rzecz opowiada o dwóch irlandzkich klanach, które od dekad walczą ze sobą, urządzając krwawe jatki – pojedynki bokserskie na gołe pięści. Nienawiść, szacunek, uwielbienie, wielkie pieniądze. Wszystko to zdaje się tu mieszać ze sobą. Ciekawe… Przekonajcie się zresztą sami!

Według Marka Koterskiego „Baby są jakieś inne”!

Kadr z filmu „Baby są jakieś inne” (reż. Marek Koterski)

Seksmisja” naszych czasów! czy Najbardziej kobieca komedia o mężczyznach – możemy przeczytać na plakacie komedii „Baby są jakieś inne”. Faktycznie, pierwsze teasery najnowszego filmu Marka Koterskiego prezentują się znakomicie. Twórca „Dnia świra” powraca do zapalnego tematu relacji damsko-męskich. Dystrybutor zapowiada rozprawienie się ze stereotypowymi opiniami na temat ról kobiet i mężczyzn oraz chwytliwym, acz coraz bardziej mylnym przekonaniem, kto z nas jest z Wenus, a kto wziął się z Marsa.

Mamy tu dwóch mężczyzn w samochodzie i ich rozmowy o życiu. Nie mają złudzeń, dyskutują o żonach, byłych dziewczynach i miłościach niespełnionych. Bohaterowie tej opowieści to wciąż życiowo niespełnieni inteligenci, którym czkawką odbijają się kolejne stygmaty codzienności – PRL, później przełom ustrojowy, szybki konsumpcjonizm, pozorowany katolicyzm, wreszcie roszczeniowy feminizm. Rozmowy o kobietach są zdominowane przez cechy męskich bohaterów – ich wady, zalety, natręctwa, oczekiwania, przyzwyczajenia. I wielka samotność.

- To temat, który fruwa w przyrodzie, wypływa w książkach, gazetach, parlamentach, na uniwersytetach i nagli, by go złapać, podjąć. Poza politycznymi i ekologią – najważniejszy obecnie cywilny temat na świecie – tłumaczy reżyser.

To odgryzanie się mężczyzn, wyraźnie słabszych i przegranych -zagonionych pod ścianę, w narożnik, do kąta. Gadają na baby krytycznie, sarkastycznie, agresywnie, oskarżająco, żarliwie – mówi Marek Koterski, zaznaczając, że bohaterowie jego komedii dokonują „obrony przez atak”.

Główne role w męskim sparingu z kobiecą dominacją grają zaprawiony w podobnych bojach Robert Więckiewicz oraz Adam Woronowicz. Film wejdzie na ekrany kin 14 października.

„Colombiana”: Z zemstą jej do twarzy

Luc Besson, tym razem jako producent i współscenarzysta, przedstawia opowieść o kobiecie, która podporządkowała swoje życie zemście za śmierć rodziców. Niestety, najlepsze co „Colombiana” ma do zaoferowania to widok Zoe Saldany w strojach eksponującej jej apetyczne kształty.

Chociaż za kamerą stanął reżyser „Transportera 3″ Olivier Megaton, widać tu rękę Luca Bessona i jego słabość do płatnych zabójców oraz pięknych kobiet z bronią w ręku. Wystarczy przypomnieć „Leona zawodowca”, ekranizację gry „Hitman”, którą wyprodukował, a przede wszystkim „Nikitę”. W historii niepokornej narkomanki-złodziejki wyszkolonej na perfekcyjną maszynę do zabijania fascynacje Bessona znalazły pełny wyraz.

Znana z roli w „Avatarze” Zoe Saldana to nie Anne Parillaud, lecz Cataleya, główna bohaterka „Colombiany”, ma coś z Nikity. Jednak te dwie postaci różni przeszłość, a filmowi Megatona brakuje klimatu stylowego przeboju Bessona z 1990 roku. Co gorsza, na każdym kroku spomiędzy szwów spajających kolejne sceny akcji wyłazi wtórność historii.

W koszmarnie dłużącym się wprowadzeniu poznajemy historię Cataleyi, która jako dziecko była świadkiem brutalnego morderstwa rodziców przez kolumbijską mafię. Cudem udało jej się ujść z życiem i trafić pod opiekę rodziny mieszkającej w Chicago. Jak tego dokonała opisywać nie będę, w każdym razie nie jest to wcale najbardziej absurdalny pomysł scenarzystów. Dialogi biją na głowę wszystkie rozwiązania fabularne. Wystarczy wspomnieć fragment rozmowy pomiędzy Cataleyą a jej wujkiem-gangsterem. – Chcę być zabójcą. Pomożesz? – pyta młoda bohaterka. – Jasne – odpowiada opiekun dziewczynki, który sam stracił syna i prawi o bezsensie przemocy.

I tak piętnaście lat później Cataleya jest już kobietą, zabójczo piękną kobietą. Morduje kolejnych zwyrodnialców, by dopełnić upragnionej zemsty. Widz oczekuje spektakularnej jatki doprawionej szczyptą humoru, które pozwoliłyby mu zapomnieć o bzdurności fabuły. Tymczasem twórcy „Colombiany” wykorzystują pokaźny arsenał śmiertelnie skutecznej w swoim fachu bohaterki, by strzelić sobie w stopę.

Skazana na niepowodzenie próba psychologicznego pogłębienia postaci Cataleyi (np. scenkami z udziałem chłopaka pragnącego poznać ją nie tylko z perspektywy łóżka) i uzasadnienia krwawej zemsty, odbiera emocje sprawnie nakręconym sekwencjom akcji. W tej sytuacji filmu nie jest w stanie uratować nawet seksapil Saldany.