[Q&A] WFF 2013: Rozmowa z reżyserem Uberto Pasolinim

Uberto Pasolini (fot. Weronika Kobylińska-Bunsch)

Tegoroczny Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy otworzył film „Zatrzymane życie”. Aktor Eddie Marsan wciela się w nim w londyńskiego urzędnika odpowiedzialnego za pochowanie zmarłego, którego krewnych nie można odnaleźć. To opowieść o zanikających we współczesnym społeczeństwie więziach międzyludzkich, osamotnieniu i izolacji. Reżyser Uberto Pasolini był gościem festiwalu i spotkał się z warszawską publicznością. Przedstawiamy zapis fragmentów tego spotkania.

Co sprawiło, że zajął się Pan tym tematem?

Uberto Pasolini: Zaczęło się od przeczytania wywiadu z londyńskim urzędnikiem. Mężczyzna ten zajmował się wyszukiwaniem rodzin osób, które zmarły w samotności. Innymi słowy, jego zadaniem było upewnienie się, że ich ostatnie chwile na ziemi upłyną w sposób godny. To skłoniło mnie do rozpoczęcia długich badań dotyczących ludzi, którzy zajmują się tą profesją w Londynie. Takie studia społeczne prowadzone przed rozpoczęciem kręcenia moich filmów są dla mnie okazją do odkrywania rzeczy, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Pochodzę z bardzo uprzywilejowanego środowiska, ale nie cały świat tak wygląda. Taka tematyka była mi bliska również w poprzednich filmach – jeden z nich dotyczył bezrobocia, inny emigracji ludzi z biednych krajów.

Tym razem chodziło o coś znacznie bliższego mojego domu – akcja rozgrywa się przecież w Londynie. A i sam film stał się wkrótce bardzo osobistym projektem – umożliwił mi bliższe zrozumienie problemu zachodniego społeczeństwa, jakim jest izolacja i osamotnienie, co dotknęło mnie osobiście w ciągu ostatnich pięciu lat w związku z moim rozwodem. Ewentualność spędzenia dnia, tygodnia czy całego życia bez rozmawiania z innymi ludźmi jest bardzo wstrząsająca. Przeżyłem to sam, gdy przez kilka wieczorów w tygodniu wracałem po pracy do domu, gdzie nie było nikogo, żony, dzieci, nawet światła, hałasu czy zapachów. To naprawdę szokująca myśl: wyobrazić sobie, że tak wygląda czyjeś całe życie. Był to przyczynek do zrozumienia, jak istotne jest zaangażowanie w życie innych ludzi i – co ważniejsze – umożliwienie innym zaangażować się we własne życie. Poznanie swoich sąsiadów i pozwolenie im poznać siebie.

Czy Pana zdaniem takie poczucie osamotnienia, izolacji i braku przynależności jest charakterystyczne dla kultury anglosaskiej? Czy jest to kwestia bardziej uniwersalna?

Myślę, że nie ma to żadnego związku z brytyjskością czy angielską osobowością. Dotyczy to bardziej natury współczesnych społeczeństw w ogóle. Im większe miasto, im bardziej zachodni styl życia, tym większa izolacja. Są oczywiście wyjątki – spędziłem dwa tygodnie w Reykjaviku i wszyscy tam siebie znają, to bardzo mała społeczność, niemal jak rodzina. Nie znam zbyt dobrze niezachodnich społeczeństw, chociaż dużo podróżuję, ale podejrzewam, że również w ich przypadku to poczucie osamotnienia staje się coraz powszechniejsze.

Istotnym elementem filmu są fotografie – oczywiste odwołania do tytułu „Zatrzymane życie”. Skąd wziął Pan te zdjęcia i czym kierował się przy ich wyborze?

Większość zdjęć, które wykorzystałem w filmie, została porzucona. Leżały na stertach, w pudłach w opuszczonych mieszkaniach lub w sklepach, które sprzedają rzeczy pozostawione przez zmarłych. Są autentyczne – przedstawione na nich osoby są nie do rozpoznania, nie znamy ich imion ani nazwisk, nie da się odnaleźć ich rodzin. To ludzie, których rodziny nie towarzyszyły w ostatnich chwilach ich życia, którzy zostali zapomniani. Natomiast trzy czy cztery fotografie zostały zrobione na potrzeby filmu, by przypominały postaci w nim występujące. A jedno z nich to zdjęcie zrobione mojej matce.

Główny bohater, John May, spędza dużo czasu podróżując pociągami i autobusami. Czasami jedzie przodem do kierunku jazdy, czasami tyłem. W związku z tym nasuwa się pytanie, czy ma to jakieś znaczenie, czy to zupełnie przypadkowe?

Bardzo dobre spostrzeżenie. Jest to zupełnie nieprzypadkowe. Jeśli sprawy toczą się dobrze, bohater siedzi zgodnie z kierunkiem jazdy, jeśli wiedzie mu się gorzej, jedzie tyłem. Ja osobiście bardzo nie lubię jazdy tyłem.

Którzy z reżyserów brytyjskich starszego i aktualnego pokolenia są panu najbliżsi?

Z tych, którzy jeszcze wciąż pracuję, tym, którego najbardziej lubię i szanuję, jest Ken Loach. Z dawnych… bardzo, bardzo wielu, to bardziej kwestia filmów niż twórców. Tak naprawdę zależy to od nastroju danego dnia. Natomiast ostatnio interesuje mnie głównie kino japońskie, twórczość Yasujirō Ozu.

Co bardziej przyciąga Pana w kinie japońskim i czy ten film jest z nim w jakiś sposób powiązany: tempo czy może sposób opowiadania historii?

Oczywiście jest wiele różnych rodzajów i gatunków kina japońskiego. W przypadku Ozu w szczególności intryguje mnie umiejętność przekazania ogromnej masy emocji i wywołania dużego zaangażowania u widzów przy jednoczesnym wyciszeniu całego obrazu. Taka była inspiracja i to właśnie chciałem wykorzystać przy kręceniu mojego filmu. Mam taką teorię, że bardzo łatwo jest dotknąć i wstrząsnąć widzem, kiedy film jest bardzo uderza w dramatyczne tony. Natomiast gdy unikasz melodramatu, wyciszasz i spowalniasz tempo narracji, części widowni zapewne się zniechęci, lecz reszta będzie zmuszona, by bardziej się skupić, przez co więcej do nich dotrze, a efekt oddziaływania będzie trwalszy.

Spisał Paweł Guszkowski