Archiwa tagu: 25. warszawski festiwal filmowy

WFF 2009: Zabić sędziego

Nikt ich nie zna, nikt ich nie lubi. Dlatego interesowało mnie nakręcenie filmu, który pozwoliłby przełamać powszechny sposób myślenia. Z tej wypowiedzi Yvesa Hinanta trudno wywnioskować, kim są bohaterowie jego dokumentu. Odpowiedź przynosi tytuł. „Zabić sędziego” (w oryginale „Les Arbitres”) odsłania fascynujące kulisy pracy arbitrów. Reżyser zdecydował się pokazać emocje towarzyszące meczom piłki nożnej z perspektywy osób, na które zwrócone są oczy wszystkich: od zawodników i trenerów, przez komentatorów sportowych, po kibiców.

Zrealizowany w dokumentalnej konwencji fly-on-the-wall film powstawał „na gorąco” w trakcie trwania Euro 2008 – bez powtórek i przygotowań. Kamera towarzyszyła arbitrom w przedmeczowej gorączce, podczas spotkań i zgrupowań czy już po pracy – przy piwie. Wśród bohaterów produkcji znaleźli się chociażby Manuel Mejuto González, Roberto Rosetti, Peter Fröjdfeldt oraz Howard Webb, którego z Mistrzostw Europy zapamiętali szczególnie polscy kibice. Angielski sędzia stał się nad Wisłą wrogiem numer jeden po tym, jak w doliczonym czasie gry meczu Polska-Austria podyktował kontrowersyjny rzut karny dla naszych rywali. Jedenastkę wykorzystał Ivica Vastić, a reprezentacja prowadzona przez Leo Beenhakkera zamiast wygrać, jedynie zremisowała z ekipą współgospodarzy imprezy.

Casus Webba, któremu polscy kibice grozili śmiercią, obrazuje jeden z wielu aspektów niezwykle stresującej oraz wymagającej pracy sędziów piłkarskich z najwyższej półki. Pokazana od kuchni dzięki błogosławieństwu Michela Platiniego, bez specjalnej cenzury, powinna zainteresować, ale i mocno zaskoczyć niejednego fana futbolu. Szczególnie cenny wydaje się materiał płynący z mikrofonów służących do komunikacji pomiędzy arbitrami. Słyszymy komentarze wypowiadane przez sędziów w trakcie meczów: wykrzykiwane do słuchawek tworzą chaotyczny i pełen zakłóceń strumień słów, w którym często trudno odróżnić konkretne głosy. Faul, faul! – wrzeszczy asystent. Jaki numer? – pyta sędzia główny, szykując się do wyjęcia z kieszeni żółtej kartki. Otrzymuje dość zaskakującą odpowiedź: Jest ich za dużo, sześciu czy siedmiu, nie widzę numeru. W ten sugestywny sposób dokument ukazuje codzienne absurdy sędziowania, skutecznie obalając mity dotyczące kontroli na boisku i pewności decyzji podejmowanych przez panów z gwizdkiem. Niektóre z boiskowych sytuacji przywodzą na myśl co smakowitsze sceny z filmów Barei. Hinant mógł się pokusić o uwzględnienie większej liczby takich barwnych zajść.

Mecz piłki nożnej dla sędziego to tak samo jak dla piłkarzy dziewięćdziesiąt minut wysiłku fizycznego i maksymalnego skupienia. Czasu na podjęcie decyzji jest naprawdę niewiele, a presja, jakiej podlegają Rosetti i spółka – ogromna. W dodatku sędzia oraz asystenci nie zawsze zgadzają się w ocenie sytuacji, czasem muszą zareagować na zajścia, których… w ogóle nie widzieli. Chociaż przyznają, że mylić się jest rzeczą ludzką, i potrafią przeprosić zawodników za niesłusznie odgwizdany faul czy spalonego, wiedzą, jak kosztowne jest popełnienie błędów. Świadomość tego mają również rodziny sędziów. Dla nich poziom sportowy spotkania schodzi zawsze na dalszy plan: dobry mecz to taki, podczas którego ich mąż, syn czy ojciec się nie pomylił. Ostatni gwizdek zawsze przynosi niewyobrażalną ulgę.

Co ciekawe, sędziowie wciąż starają się w jakiś sposób uzyskać potwierdzenie słuszności podjętych decyzji – dyskutują w przerwie meczu, zerkają na powtórki itd. Ich praca oceniana zostaje przez miliony osób. Szczególnie istotna jest jednak opinia wydawana przez obserwatorów z ramienia UEFA, którzy skrupulatnie analizują decyzje sędziów. Werdykt zostaje ogłoszony na pomeczowym spotkaniu. Nawet jeden błąd może spowodować pożegnanie się z Euro 2008. Dla arbitrów piłkarskie rozgrywki stanowią wewnętrzną rywalizację. Każdy chciałby sędziować w finale. Ostatnie spotkanie mistrzostw to nie tylko wysokie wynagrodzenie, ale również ogromny prestiż oraz przeżycie porównywane do zdobycia tytułu najlepszej drużyny Europy. Praca i futbol, ile stresu i upokorzenia by ze sobą nie niosły, są ich miłością. Hinantowi udało się pokazać również swoiste rozdarcie pomiędzy prywatnym sukcesem a triumfem reprezentacji narodowej, której zwycięstwa oddalają sędziów z danego kraju od gwizdania w wymarzonym finale.

Ogłuszający dźwięk stanowi poważną wadę realizacyjną „Zabić sędziego”, jednak momentami znakomicie oddaje atmosferę stadionu wypełnionego przez kilkadziesiąt tysięcy kibiców. Pozwala docenić wysiłek ludzi, których – często niesłusznie – przeklinamy za porażkę ukochanej drużyny. Uczłowiecza ich profesję. Polacy mają dodatkową okazję spojrzenia z dystansem na pamiętną akcję z Euro 2008. Późniejsza nagonka na Webba, znakomicie uchwycona przez Hinanta, jednocześnie bawi i… przeraża.

WFF 2009: Metropia

Organizatorzy Warszawskiego Festiwalu Filmowego mają wyczucie do nietuzinkowych animacji. Wystarczy przypomnieć, że przed rokiem prawdziwą rewelacją okazał się znakomity dokument „Walc z Baszirem”, triumfujący w plebiscycie publiczności. „Metropia” to kolejna po filmie Ariego Folmana animowana produkcja, której pokaz oficjalnie otworzył stołeczny festiwal. Chociaż scenariusz fabularnego debiutu Tarika Saleha nie dorównał poziomem finezyjnej warstwie formalnej, reżyserowi udało się jednak zrealizować obraz intrygujący, niezwykle spójny stylistycznie. Próżno szukać w nim dynamicznych zwrotów akcji, nawet sekwencje pościgu skutecznie pozbawiono tempa i widowiskowości. Cała uwaga twórców skupiła się na kontemplacji przytłaczającej wizji antyutopijnego świata.

W 2024 roku Europa to ogromny system podziemnych tuneli metra. Metropolie, takie jak Paryż, straciły niegdysiejszy urok, a ich mieszkańcy wiodą beznadziejnie nijaką egzystencję. Kontynentem rządzi bezduszna korporacja: jego bezwzględny właściciel nie cofnie się przed niczym, aby podtrzymać w świadomości ludzi iluzję doskonałego życia. Pragnie jeszcze większej kontroli. Dlatego stopniowo uzależnia Europejczyków od swoich produktów, w tym cudownego szamponu do włosów. Elementem szarego tłumu jest również apatyczny Roger. Pewnego dnia, zamiast do pracy, mężczyzna rusza śladem pięknej kobiety, którą zna z popularnej reklamy.

Opowiedziana przez Tarika Saleha historia ani na chwilę nie wymyka się standardom antyutopijnego kina science-fiction. W ospale prowadzonej narracji i przewidywalnej fabule trudno odnaleźć jakiekolwiek świadectwo oryginalności. Mamy tu kolejną polemikę z wizją idealnego świata: korporacyjny totalitaryzm, dyktaturę konsumpcjonizmu, ograniczenie wolności i prywatności nieświadomej niczego jednostki, niszczenie jej woli, indywidualności, a także więzi z innymi. W tej rzeczywistości pojawia się początkowo niepozorny bohater, w którym widz zaczyna pokładać nadzieję na rewolucję.

Jednak Rogerowi brakuje istotnej cechy antyutopijnego everymana – rosnącej samoświadomości, oznaki zrozumienia prawdy o otaczającym go świecie. Wątpliwa niepokorność tej postaci przejawia się w neurotycznych lękach (np. brak zaufania do metra) i coraz poważniejszych obawach o wierność żony. Również motywacje Rogera wydają się banalne. Bezbarwny człowiek, który niespodziewanie staje się istotnym elementem antykorporacyjnej intrygi, w swoim zachowaniu wciąż pozostaje rażąco anemiczny i niezdecydowany. Zamiast działać, okazuje się narzędziem w rękach innych ludzi. Zastanawia mnie jedno: czy taka kreacja to zabieg celowy, służący podkreśleniu zwyczajności Rogera w zestawieniu z protagonistami gotowymi na heroizm i przeciwstawienie się systemowi („1984″, „Fahrenheit 451″, „Pianola”), czy może przeciwnie – dowód nieumiejętności reżysera w przekonaniu nas o wartości głównego bohatera „Metropii”.

Skąd więc takie zachwyty nad filmem Saleha, skoro warstwa fabularna budzi tyle wątpliwości? Otóż „Metropia” ma do zaoferowania coś, co sprawia, że naprawdę warto się nią zainteresować. Tym atutem jest osobliwa forma. Saleh poddał komputerowej obróbce prawdziwe fotografie, które następnie zostały zanimowane. W ten sposób na ekranie pojawiają się postaci przypominające groteskowe ludzkie lalki nienaturalnych rozmiarów o wielkich oczach i prawie nieruchomych, pozbawionych emocji twarzach. Dbałość o szczegóły, także rekwizytów, wnętrz czy elementów architektonicznych, jest przy tym naprawdę powalająca.

Wykorzystanie nietypowej animacji pozwoliło Salehowi zbudować sugestywną, niezwykle ponurą wizję niedalekiej przyszłości. Niepokojąca karykatura naszego świata stanowi zarazem pewne ostrzeżenie dla współczesnego człowieka. Można w niej odnaleźć antykonsumpcyjne przesłanie, przesycone paranoiczną atmosferą wszechogarniającego osaczenia, choć z drugiej strony – niepozbawione okruchów nadziei. Pesymistyczny klimat pogłębia operowanie przygaszonymi kolorami, odcieniami szarości i brudnego brązu. Wszystkiemu smaczku dodaje również obsadzenie wśród gwiazd użyczających głosów postaciom niepokornych aktorów – Vincenta Gallo oraz Juliette Lewis.

WFF 2009: Co warto zobaczyć? (vol. 2)

25. Warszawski Festiwal Filmowy zbliża się wielkimi krokami. Do rozpoczęcia imprezy pozostał niespełna tydzień. Tymczasem ruszyła już przedsprzedaż biletów, która potrwa do 8 października. Bilety można zamawiać w Empiku Megastore (ul Marszałkowska 116/122, I piętro) w godz. 11-20. Zachęcamy do skorzystania z możliwości wcześniejszej rezerwacji, ponieważ z roku na rok festiwal cieszy się coraz większą popularnością i w trakcie trwania imprezy biletów na niektóre seanse z pewnością będzie brakować. Pragnąc ułatwić Wam wybór, kontynuujemy prezentację naszym zdaniem najbardziej obiecujących propozycji tegorocznego programu WFF.

Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski (Polska, 2009)

Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego, twórcy znakomitego „Wesela”. Kino mroczne, brutalne i bezkompromisowe, a przy tym mocno osadzone na polskim gruncie – w gęstej atmosferze zdemoralizowanej i brudnej (także dosłownie) polskiej prowincji lat 80. Reżyser po mistrzowsku łączy dwie płaszczyzny czasowe, wprowadza kolejne wątki i postaci, stopniując napięcie tak, żeby trzymać widza w niepewności aż do samego końca.

Porównywana do „Fargo” fabuła „Domu złego” rozgrywa się w surowej i ponurej scenerii bieszczadzkiej wsi. Jest początek stanu wojennego. Grupa operacyjno-śledcza milicji obywatelskiej dowodzona przez porucznika Mroza prowadzi wizję lokalną w gospodarstwie Dziabasów. Główny podejrzany – Środoń – opowiada tragiczną historię, która wydarzyła się tu przed czterema laty – jesienią 1978 roku. W jaki sposób potoczyły się wypadki tej burzliwej, pijackiej nocy?

Opowieści Złotego Wieku, Amintiri din epoca de aur, reż. Cristian Mungiu, Ioana Uricaru, Hanno Höfer, Rãzvan Mãrculescu, Constantin Popescu (Rumunia, 2009)

Cristian Mungiu, twórca przejmującego dramatu „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, odsłania komediowe oblicze! Wraz z czworgiem rumuńskich reżyserów sięga po przezabawne miejskie legendy z ostatniej dekady komunistycznego reżimu Nicolae Ceaucescu.

Niekonwencjonalne historie, pełne surrealistycznych zdarzeń i absurdów dnia codziennego, opowiadane są z perspektywy zwykłych ludzi. Zbiór pięciu opowiadań łączą specyficzny nastrój, konstrukcja narracji oraz szczegóły charakterystyczne dla ówczesnej epoki (jedyna marka samochodu widoczna na ulicach to krajowa Dacia, wszyscy żyją z okradania państwa, nakazy partii muszą być wykonywane bez względu na to, jak bardzo są nielogiczne). A przede wszystkim – niezwykła próba odtworzenia poczucia humoru, które pomogło Rumunom przeżyć komunistyczny reżim.

Transmisja, Adás, reż. Roland Vranik (Węgry, 2009)

Czy zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby ekrany wszystkich komputerów, telewizorów i telefonów komórkowych przestały działać? To pytanie stanowi punkt wyjścia dla Rolanda Vranika. Węgierski reżyser stworzył pełną absurdu tragikomedię, osadzoną w realiach świata, w którym upadł przemysł telekomunikacyjny, telewizja nie nadaje, a na monitorach komputerów pojawia się tylko czerń. Ludzie przeżywają syndrom odstawienia. Są na „głodzie”. W nowej rzeczywistości próbują się odnaleźć trzej bracia, którzy muszą przezwyciężyć osobiste tragedie.

Ilu naszych reżyserów tak odważnie opowiada obrazami i o obrazach jak Roland Vranik w „Transmisji”? - pytał Paweł T. Felis w podsumowaniu 40. Tygodnia Kina Węgierskiego. Powstał intrygujący film o poszukiwaniu nowego sposobu na życie, w którym niezwykła atmosfera (budowana przez eleganckie zdjęcia i hipnotyczną muzykę) przysłania pewne wady scenariusza.

ŻołnierzykLille soldat, reż. Annette K. Olesen (Dania, 2008)

Lotte (w tej roli Trine Dyrholm, znana polskiej publiczności ze „Zniknięcia” i „Telenoweli”) nie potrafi znaleźć sobie miejsca po powrocie na duńską prowincję ze służby wojskowej w Afganistanie. Pije bez umiaru, żeby zagłuszyć tłumiony od dawna gniew. Potrzebując pieniędzy, zwraca się do ojca, który na boku legalnej działalności prowadzi burdel. Ten nie daje jej pieniędzy, tylko oferuje pracę. Lotte zostaje kierowcą i ochroniarzem jego pięknej kochanki, prostytutki Lilli.

Dramat Annette K. Olesen dotyka problemów więzi rodzinnych i ról płci. Atrakcyjny wygląd i uwodzicielskie zachowanie bardzo kobiecej Lily okazują się jedynie kamuflażem, przez co – wbrew pozorom – niewiele różni się ona od Lotte, która ukryła się przed światem w wojskowym mundurze.

Oczy szeroko otwarte, Eynaim Pekukhot, reż. Haim Tabakman (Izrael/Francja, 2009)

Nagrodzony w Cannes kilkuminutową owacją na stojąco dramat „Oczy szeroko otwarte” rozgrywa się w sercu ortodoksyjnej społeczności żydowskiej we współczesnej Jerozolimie. Trzydziestoośmioletni rzeźnik Aaron wiedzie spokojne, pobożne życie wraz z żoną oraz czterema synami. Do czasu… pojawienia się przystojnego i młodego studenta Ezriego. W niezbyt romantycznej scenerii koszernego sklepu mięsnego rodzi się męska przyjaźń, która stopniowo przeradza się w namiętne uczucie. Uczucie zakazane.

„Oczy szeroko otwarte” to świetnie zagrana i napisana historia, poruszający obraz małej, zamkniętej społeczności i ogromnej presji, jaką wywiera na jednostkę. Reżyser bada moralne granice własnej religii, dostrzegając obłudę ludzi przestrzegających jej ścisłych zasad. Zrealizował uniwersalną rozprawę nie tylko o homofobii.

Ostatnie dni Emmy BlankDe Laatste Dagen Van Emma Blank, reż. Alex van Warmerdam (Holandia, 2009)

Alex van Warmerdam, jeden z najbardziej cenionych – choć prawie nieznanych w Polsce – holenderskich reżyserów, przedstawia nagrodzoną w Wenecji, cyniczną czarną komedię. Emma Blank, ciężko chora, apodyktyczna właścicielka dużej wiejskiej posiadłości jest zdana na opiekę swojej rodziny i służby.  Rozpaczliwie pragnie troskliwości i ciepła, ale sama traktuje innych w sposób bezwzględny lub zachowuje się jak kompletna wariatka, stawiając coraz bardziej absurdalne żądania…

Słodko-gorzką opowieść o fikcyjności rodzinnych więzi i przez lata zachowywanego porządku można traktować jak metaforę stosunków społecznych w Holandii. Niepowtarzalny klimat, błyskotliwa reżyseria i nietypowy, choć uniwersalny w swym przesłaniu scenariusz – „Ostatnie dni Emmy Blank” stanowią przykład autorskiego kina na najwyższym poziomie. Alex van Warmerdam powierzył jedną z głównych ról swojej żonie, brata uczynił producentem, zaś siebie obsadził w roli… psa.

W programie 25. Warszawskiego Festiwalu Filmowego znalazło się jeszcze na sporo interesujących pozycji. O wszystkich nie sposób napisać. Mamy jednak nadzieję, że udało się nam podsunąć Wam coś naprawdę interesującego. Do zobaczenia na festiwalu!